09 · 21

Na wariata

Polityka - nr 10 (2494) z dnia 2005-03-12; s. 3-10

Raport

Bianka Mikołajewska

Polskie szpitale psychiatryczne pełne są ludzi, którzy nigdy nie powinni się w nich znaleźć – alarmują największe autorytety w dziedzinie psychiatrii. O tym, że na leczenie często trafiają gangsterzy, którzy dzięki żółtym papierom chcą uniknąć odpowiedzialności za popełnione przestępstwa, wiadomo od dawna. Ale opinie psychiatryczne coraz częściej wykorzystywane są także jako broń w rozmaitych konfliktach. Już samo to, że ktoś był badany przez psychiatrów, może załatwić człowieka.

Rodziny robią więc wariatów z bogatych krewnych, by pozbawić ich majątku, biznesmeni – dorabiają wariackie papiery konkurentom, których chcą wygryźć z interesów, a urzędnicy i przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości – natarczywym petentom, w nadziei, że ci, po zamknięciu w szpitalu psychiatrycznym, przestaną ich prześladować skargami i odwołaniami. Gdy przylgnie do kogoś łatka wariata, już nikt nigdzie nie będzie traktował go poważnie.

63 dni. Dokładnie tyle siedział w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie Piotr Trznadel, rolnik z Białośliwia niedaleko Piły, przewodniczący Związku Zawodowego Rolników Ojczyzna. – Umieszczono mnie na oddziale z pacjentami, którzy siedzieli już w psychiatryku po kilkanaście lat. Zabrano mi telefon komórkowy, zabroniono odwiedzin rodzinie. Gdy zacząłem domagać się przestrzegania praw pacjenta, zostałem przypięty pasami do łóżka. Jak mi powiedzieli lekarze: żebym nie był taki aktywny. W pasach leżałem tydzień. Z całego oddziału przychodziły wycieczki pacjentów, żeby mnie pooglądać. Odmawiałem przyjmowania leków, więc podawali mi je siłą: kilku sanitariuszy wykręcało mi ręce, a pielęgniarka robiła zastrzyk w pośladek. Leki – jak się okazało później – psychotropowe powodowały podkurcz nóg i rąk. Zamiast chodzić, człowiek po nich tak dziwnie dreptał. Język drętwiał, umysł drętwiał – wspomina dziś Trznadel, jak orzekli biegli psychiatrzy, człowiek zdrowy psychicznie.

Wbrew pozorom oraz procedurom prawnym i lekarskim, dorobić zdrowemu psychicznie człowiekowi opinię wariata nie jest tak trudno. – Biegli, którzy za kilkaset złotych wystawiają  gangsterom zaświadczenia o chorobie psychicznej, za taką samą sumę zrobią wariata z każdej wskazanej osoby – mówi Z., znany łódzki psychiatra.

Dwa lata temu łódzka prokuratura postawiła Ewie I., byłej ordynator w szpitalu psychiatrycznym im. Babińskiego w Łodzi, zarzut sfałszowania dokumentacji medycznej 35 osób podejrzanych o rozboje, gwałty i wielomilionowe przekręty. Dzięki wystawionym przez lekarkę opiniom psychiatrycznym nie musiały się one stawiać na wezwania organów ścigania i sądów. Niektórym przestępcom – uznanym za niepoczytalnych – udało się uniknąć kary. – Ewa I. pomagała także w sprawach cywilnych – wspomina łódzki psychiatra. Wojciech K. zapłacił jej za to, by odpowiednio zbadała jego żonę Jadwigę, z którą właśnie się rozwodził. Lekarka okłamała więc ślubną K., że musi ją przebadać z nakazu sądu. Po badaniu wydała mężowi zaświadczenie, że Jadwiga K. „wypowiada urojenia o treści prześladowczej w stosunku do męża i dzieci” i „kategorycznie odmawia leczenia”. Ten dołączył orzeczenie do akt sprawy o podział majątku. Gdy Jadwiga K. dowiedziała się, że sąd żadnego nakazu badania nie wydał, również zażądała od lekarki opinii. Tym razem Ewa I. napisała, że „pacjentka jest spokojna”, „nie stanowi zagrożenia dla otoczenia i nie wymaga leczenia”.

Od dziesięciu lat obowiązuje w Polsce ustawa o ochronie zdrowia psychicznego, zgodnie z którą leczyć psychiatrycznie można tylko osobę, która wyraziła na to zgodę. W czasie prac nad ustawą przeciwnicy zapisu o dobrowolności leczenia przedstawiali wizję kraju opanowanego przez zastępy przebywających na wolności niebezpiecznych wariatów, jego zwolennicy przekonywali, że nowe przepisy położą kres nadużywaniu władzy przez lekarzy psychiatrów. Okazuje się jednak, że choć ustawę przyjęto, wciąż istnieją furtki, które pozwalają poddać przymusowym badaniom psychiatrycznym, a nawet zamknąć w psychiatryku zdrowego człowieka.

Furtka pierwsza:
groźny dla otoczenia

Zgodnie z ustawą psychiatryczną, osoba, która nie popełniła żadnego przestępstwa, może zostać przymusowo zamknięta w szpitalu psychiatrycznym tylko wtedy, gdy zagraża swojemu życiu albo życiu lub zdrowiu innych osób i jeśli zachodzi podejrzenie, że jest ona chora psychicznie. – W praktyce, jeśli kilkuosobowa rodzina zmówi się przeciwko jednemu z jej członków i przekona psychiatrę, że czują się w jego obecności zagrożeni – nie ma dla niego ucieczki przed szpitalem. To bardzo skuteczna metoda na pozbawienie majątku bogatego krewnego – przekonuje Z.

Chciała ją wcielić w życie rodzina Elżbiety Dobrosielskiej z Pierzchnicy koło Kielc. W latach 90. ojciec Dobrosielskiej podzielił majątek między trzy córki. Elżbieta dostała kilka hektarów sadu. – Kilka lat później ojciec doznał udaru. Matka, z którą zawsze miałam złe stosunki, zapowiedziała, że odbierze mi sad. Sojusznika znalazła w moim mężu, który w tym czasie związał się z jedną z moich sióstr, a gdy złożyłam pozew o rozwód – wystąpił z wnioskiem o ubezwłasnowolnienie mnie – opowiada Dobrosielska. Sąd zażądał od Dobrosielskiego uzasadnienia wniosku. Ten odpisał, że uzasadnienia przedstawić nie może, bo żona nie chce poddać się badaniom.

Trzy dni przed sprawą o ubezwłasnowolnienie siostra Elżbiety sprowokowała awanturę. Razem z mężem i matką zaczęli szarpać Elżbietę. Chwilę później przyjechała wezwana przez nich karetka pogotowia. Przekonali lekarkę, że Elżbieta w ataku szału wszystkich ich pobiła. Pogotowie zabrało ją do szpitala psychiatrycznego w Morawicy. Dyżurny psychiatra po kilkuminutowej rozmowie z nią zadecydował, że musi tam zostać. – Podawano mi na siłę leki psychotropowe. Byłam po nich otępiała, miałam trudności w mówieniu. Kiedy odwiedziła mnie koleżanka, powiedziałam jej, że nie mogę rozmawiać, bo muszę się położyć spać. Pewnie pomyślała sobie: „A jednak zwariowała!” – mówi Dobrosielska. Po ośmiu dniach niemal odbiła ją ze szpitala rodzina brata matki.

Dobrosielska oskarżyła lekarzy o bezprawne pozbawienie jej wolności. Prokuratura poprosiła o opinię w tej sprawie prof. Stanisława Dąbrowskiego z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Profesor stwierdził, że lekarze, którzy zamknęli Dobrosielską w szpitalu, wielokrotnie naruszyli obowiązujące procedury. Lekarka pogotowia nie uzasadniła, dlaczego zabrała pacjentkę siłą do szpitala, a ocenę jej stanu psychicznego zawarła w lakonicznym stwierdzeniu: „Napad szału”.

Przed nieuzasadnionym zamknięciem w szpitalu zdrowego człowieka miał chronić przepis nakazujący badanie przez dwóch lekarzy. Ale lekarzy jest za mało, mają zbyt wielu pacjentów – więc regułą stało się, że pacjenta bada tylko jeden lekarz, a drugi w ciemno podpisuje wystawione przez kolegę zaświadczenie. Tak było również w przypadku Dobrosielskiej. Lekarz dyżurny przyjmując ją do szpitala nie zasięgnął wymaganej opinii drugiego psychiatry i trzymał ją na oddziale, mimo że nie wykazał u niej choroby psychicznej.

Wprawdzie szpital wystąpił do sądu opiekuńczego o zgodę na przymusowe leczenie Dobrosielskiej (bez zgody sądu pacjent może przebywać w szpitalu do 10 dni), ale zapomniał poinformować o jej wypisaniu. I odbyła się rozprawa w tej sprawie. – Biegła psychiatra, która w ogóle nie badała Dobrosielskiej, wydała opinię, że wymaga ona leczenia szpitalnego. A sąd, opierając się na tej opinii, wyraził zgodę na przymusowe leczenie – mówi prof. Dąbrowski. Prokuratura w postępowaniu lekarzy nie dopatrzyła się jednak znamion przestępstwa i sprawę umorzyła.

Co roku w tzw. trybie nagłym – czyli takim, w którym pogotowie pod przymusem zabiera zagrażającego sobie lub innym człowieka – do szpitali psychiatrycznych trafia 12 tys. osób (w ogóle w szpitalach przebywa obecnie około 200 tys. osób). Wiele spośród nich może być przetrzymywanych i leczonych bezpodstawnie. W 2002 r. zespół pod kierownictwem prof. Dąbrowskiego przebadał na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości 400 orzeczeń lekarskich dotyczących osób przyjętych do szpitali psychiatrycznych w nagłym trybie. W połowie przypadków lekarze przyjmujący pacjentów nie wyjaśniali przyczyn hospitalizacji, nie podawali, co takiego się stało, że pacjenta uznano za niebezpiecznego. W co czwartym przypadku lekarz przyjmując pacjenta wystawiał opinię psychiatryczną w ogóle go nie badając. – Wydawali orzeczenia pozbawiające kogoś wolności, nie widząc go na oczy! Opierali się głównie na relacjach rodziny i lekarzy pogotowia – mówi prof. Dąbrowski. Jedna na pięć opinii napisana była odręcznie, często zupełnie nieczytelnie. – Sędzia nie mógł więc przeczytać dokumentu, na którym potem oparł się orzekając, czy pacjent ma pozostać w szpitalu, czy nie – kontynuuje Dąbrowski. Pacjenci opinii także nie czytali, bo im ich nie udostępniano (50 proc.). Nie powiadamiano ich także o rozprawach, na których sąd decydował, czy wymagają leczenia (53 proc.) – Sąd przesyłał zawiadomienie do szpitala, ale dyrekcja nie przekazywała go pacjentowi, bo po co wariat ma iść na rozprawę? – mówi Dąbrowski. Zamknięci w szpitalu psychiatrycznym dowiadywali się o decyzji sądu po fakcie. Jeśli się odwoływali – ich skargi traktowano jak urojenia, bo skoro sąd uznał, że muszą się leczyć, to znaczy, że tak właśnie musi być.

– Gdy ktoś znajdzie się w szpitalu psychiatrycznym, jego ubezwłasnowolnienie nie jest już problemem – przekonuje łódzki biegły. Przeprowadzona niedawno przez Ministerstwo Sprawiedliwości kontrola orzeczeń sądów w sprawach o ubezwłasnowolnienia wykazała, że sądy przez wiele lat mechanicznie przychylały się do wniosków rodzin o ubezwłasnowolnienie przebywających w szpitalach psychiatrycznych krewnych. 90 proc. spraw rozpatrywano po ich myśli. Sędziowie nawet nie przesłuchiwali ubezwłasnowolnianych osób, bo biegli wydawali opinię, że kontakt z nimi jest utrudniony i rozmowa z nimi nie ma sensu. Rodziny przejmowały prawo do decydowania o majątku osoby przebywającej w szpitalu i o jej dalszym losie.

Furtka druga:
rzuca fałszywe oskarżenia

Na przymusowe badanie i leczenie psychiatryczne można wysłać także tych, którzy dotknęli kogoś słowem – na przykład fałszywie oskarżyli. Jeśli sprawa trafi do prokuratora, a ten poweźmie uzasadnione wątpliwości, że podejrzany mógł być w chwili popełnienia przestępstwa niepoczytalny (gdy popełniony czyn nie ma racjonalnego uzasadnienia, jeśli sprawca przebył kiedyś chorobę psychiczną, doznał urazu mózgu, jeśli kontakt z nim jest utrudniony itp.), powołuje biegłych psychiatrów. Jeżeli biegli orzekną niepoczytalność – sąd umarza postępowanie. – Często zarzuca się ludziom, że kogoś fałszywie oskarżyli tylko po to, by dorobić im wariackie papiery i na zawsze podważyć ich wiarygodność. Specjalistami w takim unieszkodliwianiu są przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, którym ktoś nadepnie na odcisk – przekonuje poseł Zbigniew Nowak (niezależny). Przykładem – jego własna historia.

W 1998 r. Nowak kupił od syndyka upadłą mleczarnię w Pińczowie. Kiedy chciał rozpocząć w niej prace modernizacyjne, okazało się, że część gruntów, na których stoi zakład, nie ma uregulowanych kwestii własnościowych i żadnych robót prowadzić nie można. Nowakowi, który utopił w mleczarni cały swój majątek, udało się ustalić, że syndyk przed jej sprzedażą wiedziała o problemie z gruntami. Złożył do prokuratury w Kielcach zawiadomienie o poświadczeniu nieprawdy przez prowadzącego upadłość sędziego i syndyka. Miał pecha: prokuratura umorzyła tę sprawę, a wszczęła postępowanie przeciwko niemu. Zarzuciła mu, że fałszywie oskarżył sędziego i panią syndyk – która okazała się córką szefa okręgowej rady adwokackiej. W 2001 r. prokurator nakazał biegłym zbadanie, czy Nowak był poczytalny w czasie popełnienia czynu. – Badanie ambulatoryjne trwało kilkanaście minut – relacjonuje Nowak. Diagnoza brzmiała: „Charakteropatia z reakcjami paranoicznymi”, przejawiająca się „upośledzeniem do wyciągania konstruktywnych wniosków z dotychczasowych doświadczeń życiowych” (czyli: Nowak mimo czterdziestki na karku nie wie, że z sędziami i adwokatami się nie zaczyna) oraz „tendencjami do obwiniania otoczenia za swoje niepowodzenia życiowe”. Wszystko to powodować miało, według biegłych, ograniczoną poczytalność Nowaka.

Parę miesięcy później Nowak został posłem. Wystąpił z wnioskiem o przeniesienie toczącej się przeciwko niemu sprawy do innej prokuratury. Przejęła ją prokuratura w Tarnobrzegu. Postępowanie umorzono „z braku ustawowych znamion czynu zabronionego”. – Jeśli nie popełniłem przestępstwa, to chyba nie mogłem być w czasie jego popełnienia częściowo poczytalny? – zastanawia się poseł.

Jednak łatka wariata przylgnęła. Ostatnio Nowak postulował ujawnienie nazwisk najwyższych państwowych urzędników, którzy nie złożyli oświadczeń majątkowych. Wnioskował także do Ministerstwa Sprawiedliwości o podanie liczby toczących się w sądach spraw, w których zaginęły akta. Przez wiele miesięcy odmawiano mu odpowiedzi. Ogłosił więc głodówkę. Dziennikarze TVN 24 zaprosili go do studia i w programie nadawanym na żywo poprosili psychiatrę o ocenę jego stanu psychicznego. Z lekarzem połączyli się telefonicznie i nie podali jego nazwiska, bo, jak twierdzili, nie życzył sobie tego. – Wielokrotnie realizowaliśmy reportaże śledcze w oparciu o informacje przekazane przez Nowaka. To przykre, że akurat jednego z najaktywniejszych posłów spotkało takie poniżenie – mówi dziennikarz TVN – siostrzanej stacji TVN 24.

– Prokuratorzy powinni być bardzo ostrożni powołując biegłych psychiatrów. Już samo badanie piętnuje człowieka, a opinia psychiatryczna – nawet nietrafna – może się ciągnąć za człowiekiem przez całe życie – mówi dr Jerzy Pobocha, przewodniczący Sekcji Psychiatrii Sądowej Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Prokuratorzy nie bardzo się tym jednak przejmują. Prokurator Błażej Kolasiński z Prokuratury Apelacyjnej w Szczecinie przeanalizował wszystkie postępowania prowadzone przez prokuratury w okręgu szczecińskim, w których powołano biegłych psychiatrów: – W 15 proc. spraw powołano ich, mimo że żadne okoliczności nie nasuwały przypuszczenia, że sprawca może być niepoczytalny. Czasami mimo braku dowodów obciążających osobę, która miała być poddana badaniu psychiatrycznemu.

Zdarzały się przypadki, że na leczenie psychiatryczne kierowano osoby, które, jak się później okazało, wcale nie były sprawcami przypisywanych im przestępstw. Według analiz Kolasińskiego, w co trzecim przypadku prokurator zlecając biegłym opinię psychiatryczną nie przekazywał im kompletu akt sprawy (biegli mają obowiązek się z nimi zapoznać). Lekarze wydawali więc orzeczenia opierając się wyłącznie na badaniu pacjenta. A i to często było niedokładne. – Biegły dostaje wynagrodzenie od opinii, niezależnie od tego, ile czasu poświęci pacjentowi. Wielu ogranicza więc badanie do kilkunastu minut – tłumaczy dr Jerzy Pobocha.

Furtka trzecia:
pomawia porządnych obywateli

Dorobienie komuś opinii wariata na tyle skutecznie pozbawia go wiarygodności, że chętnie korzystają z tej metody adwokaci i radcy prawni występujący w sporach majątkowych. – Pretekstem dla skierowania na badanie psychiatryczne strony przeciwnej jest najczęściej oskarżenie o pomówienie. Wystarczy, że ktoś powie coś brudnego o swoim sąsiedzie czy wspólniku, z którym się pokłócił o pieniądze. Chociaż pomówienie jest ścigane z oskarżenia prywatnego (a więc bez udziału prokuratury), to sąd może w przypadku wątpliwości, czy sprawca jest poczytalny, powołać biegłych psychiatrów. Z kimś, kto uznany zostanie za wariata, łatwiej wygrać sprawę przed sądem cywilnym – tłumaczy łódzki psychiatra.

Emerytowana Dobrochna Nowicka jest właścicielką części jednej z kamienic przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Do 1990 r. kamienicą administrowało Zrzeszenie Właścicieli i Zarządców Domów. Zrzeszenie za grosze wynajęło lokale o łącznej powierzchni 500 m kw. jednemu z lokatorów kamienicy – Henrykowi Dembskiemu, a ten podnajmował je już po rynkowej cenie zainteresowanym osobom. W 1990 r. administrację kamienicy przejęła Nowicka i to jej mieli odtąd płacić czynsz lokatorzy. Dembski jednak nadal ściągał pieniądze z podnajmowanych lokali. W 1994 r. Nowicka napisała do banku PBG pismo, w którym informowała, że Dembski spłaca zaciągnięty w tym banku kredyt z czynszów, które prawnie należą się jej. Dembski oskarżył Nowicką o pomówienie. Reprezentujący go adwokat Lech Brodniewicz wystąpił do Sądu Rejonowego w Łodzi z wnioskiem o badanie psychiatryczne Nowickiej, gdyż – jak stwierdził – słyszał, że leczyła się ona psychiatrycznie (ten sam chwyt stosował także w innych sprawach).

Mimo że Nowicka twierdziła, iż nigdzie się nie leczy, sąd przychylił się do wniosku mecenasa. A gdy Nowicka nie zgłosiła się na badanie – wydał nakaz jej aresztowania i poddania przymusowym badaniom. Została aresztowana 25 października 1994 r. Po 8 dniach poddano ją dwudniowym badaniom i zwolniono z aresztu. Biegli uznali jednak, że nie są w stanie wydać opinii na podstawie badań ambulatoryjnych. Sąd skierował ją więc na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Nowicka znów się jednak nie zgłosiła i sąd znów kazał ją aresztować. Na badania w szpitalu czekała w areszcie 27 dni. Po miesięcznej obserwacji znów przewieziono ją do aresztu na 8 dni. W końcu biegli stwierdzili, że Nowicka nie ma objawów choroby psychicznej, a jej iloraz inteligencji jest znacznie wyższy od przeciętnego. Sąd umorzył sprawę pomówienia nie badając zasadności oskarżeń wysuniętych przez Nowicką pod adresem Dembskiego.

W 2002 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że trzymanie Nowickiej w areszcie i na obserwacji tyle czasu było niedopuszczalne, szczególnie że była ona sądzona z oskarżenia prywatnego. Przyznał jej 10 tys. euro odszkodowania. Nowicka poddała się w walce o prawa do swego majątku. Eksmitowano ją z ostatnio zajmowanego mieszkania. Nikt nie wie, gdzie jest.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie dysponuje danymi na temat tego, ile osób przebywa obecnie na obserwacji w szpitalach psychiatrycznych w związku z toczącymi się przeciwko nim postępowaniami karnymi ani na temat tego, ile trwają najdłuższe obserwacje. Według pracowników ministerstwa liczba hospitalizowanych zmienia się z dnia na dzień i nikt nie jest w stanie ich zliczyć.

Furtka czwarta:
obraża władzę

Gdyby Dobrochna Nowicka podpadła komuś związanemu z wymiarem sprawiedliwości albo jakiemuś urzędnikowi – jej sprawa mogłaby skończyć się o wiele gorzej. Osoby oskarżone o pomówienie czy znieważenie funkcjonariuszy publicznych, które biegli uznają za niepoczytalne, sądy kierują bardzo często na tzw. internację – czyli przymusowe leczenie do szpitala psychiatrycznego. Okresu internacji nie określa się z góry – co pół roku sąd podejmuje decyzję, czy leczenie jest jeszcze konieczne.

66-letni Zenon Witkowski był nauczycielem w szkole zawodowej w Końskich. W latach 80. wybrano go na przewodniczącego szkolnej Solidarności. Czując ciężar odpowiedzialności, jaki niesie z sobą ta funkcja, Witkowski złożył do prokuratury zawiadomienie o nadużyciach finansowych przy budowie szkoły. Pod pismem podpisało się 26 osób. Prokuratura umorzyła jednak sprawę. Wkrótce Witkowskiego zwolniono z pracy. Nauczyciel uznał, że zwolniono go dlatego, że ujawnił nieprawidłowości. Wielokrotnie odwoływał się do sądu, by ten przywrócił go do pracy. Bez skutku. Wnosił o wyłączenie kolejnych sędziów z rozpatrywania jego spraw, zarzucając im stronniczość i działanie na jego niekorzyść.

W 2000 r. został oskarżony o pomówienie sędziego sądu w Końskich. Rozpatrujący sprawę sąd w Starachowicach umorzył sprawę, bo biegli uznali, że Witkowski jest chory psychicznie – cierpi na zespół paranoiczny, przejawiający się występowaniem urojeń prześladowczych. Sędziowie stwierdzili jednak, iż „niewątpliwym jest, że podejrzany w dalszym ciągu będzie manifestował swoją niechęć do wymiaru sprawiedliwości”, a także, że takie postępowanie „jednoznacznie godzi w podstawy wymiaru sprawiedliwości” i podjęli decyzję o umieszczeniu go na internacji w zakładzie psychiatrycznym. W 2002 r. poproszeni o opinię na temat Witkowskiego biegli z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii – największe autorytety psychiatrii sądowej – stwierdzili, że Witkowski nie ma żadnych urojeń i nie jest chory psychicznie. Jest zwykłym pieniaczem, a jego działania wynikają z tendencyjnej interpretacji faktów i chęci udowodnienia swoich racji za wszelką cenę. A wszystko to „mieści się w obrębie psychologicznie zrozumiałych reakcji na kolejne niepowodzenia”. Biegli podkreślili też, że chociaż Witkowski prowadzi swoją pieniaczą działalność 20 lat, nigdy nie przejawiał w stosunku do nikogo agresji. A skoro tak – to nie ma potrzeby hospitalizowania go w szpitalu psychiatrycznym.

– Pieniacze są prawdziwą zmorą wymiaru sprawiedliwości. Zarzucają sędziów i prokuratorów setkami pism, oskarżeń, żądań. A sędziowie nie mogą żadnego z tych pism wyrzucić do kosza, każde muszą rozpatrzyć – mówi prokurator Błażej Kolasiński. Jeśli więc pojawia się okazja, by pieniacza się pozbyć – choćby oskarżając go o pomówienie czy znieważenie i wysyłając do szpitala psychiatrycznego – pokusa jest ogromna.

Także z powodu pieniactwa trafił do szpitala psychiatrycznego wspomniany już Piotr Trznadel. Pretekstem, by go zamknąć w psychiatryku, były groźby. Trznadel zagroził sąsiadowi, który kupił na licytacji jego ziemię, że go zabije. Na wsi to normalka. Większość takich spraw nigdy nie trafia do sądów. Pozostałe są przeważnie umarzane ze względu na niską szkodliwość czynu. Ale Trznadel był już znany sędziemu – jako działacz związkowy wielokrotnie kwestionował publicznie wyroki sądowe, z innymi związkowcami utrudniał pracę podległym sądowi komornikom. Biegli psychiatrzy powołani do zbadania jego poczytalności stwierdzili, że pozostawienie go na wolności „nie będzie stanowiło poważnego zagrożenia dla porządku prawnego, ale będzie uciążliwe ze względu na jego postawę pieniaczą”. I sąd wysłał Trznadla do szpitala. Siedziałby tam pewnie do dzisiaj, gdyby nie interwencja pracowników biura senatora Zbigniewa Romaszewskiego i lokalnych dziennikarzy.

Według prokuratora Kolasińskiego, w takich sprawach sądy w ogóle nie powinny kierować ludzi na przymusowe leczenie do szpitali. – Według starego kodeksu karnego sąd mógł orzec detencję wobec niepoczytalnego sprawcy przestępstwa, gdy jego pozostawanie na wolności groziło poważnym niebezpieczeństwem dla porządku publicznego. Zgodnie z nowym kodeksem internację można orzec wyłącznie wówczas, gdy niepoczytalny sprawca popełnił czyn o znacznej społecznej szkodliwości i zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że popełni taki czyn ponownie. Skoro maksymalna kara za pomówienie i groźby wynosi dwa lata, to widać ustawodawca uznał, że są to czyny o niskiej szkodliwości społecznej – przekonuje prokurator.

Tymczasem z przeprowadzonych przez niego badań wynika, że co trzecia orzeczona w okręgu szczecińskim internacja dotyczyła właśnie takich błahych spraw. – Według ostrożnych szacunków w szpitalach psychiatrycznych przebywa co najmniej kilkaset osób, które nigdy nie powinny się tam znaleźć, bo popełnione przez nich czyny nie są czynami o wysokiej szkodliwości społecznej – dodaje dr Jerzy Pobocha.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma danych dotyczących tego, ile osób jest obecnie internowanych w szpitalach psychiatrycznych, ani w związku z popełnieniem jakich przestępstw zostały tam skierowane. Nam udało się zdobyć zestawienia spraw umorzonych z powodu niepoczytalności sprawców na obszarze działania ośmiu z dziesięciu prokuratur apelacyjnych w Polsce (bez warszawskiej i katowickiej). Od czasu wejścia w życie nowego kodeksu karnego na obszarze działania tych prokuratur, sądy po umorzeniu sprawy, skierowały do szpitali psychiatrycznych 44 proc. osób oskarżonych o groźby, 40 proc. oskarżonych o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza, co piątego oskarżonego o zniewagę funkcjonariusza i co dziesiątego oskarżonego o fałszywe zeznania.

Sprawcy wymienionych przestępstw przebywają często w szpitalu o wiele dłużej, niż spędziliby w więzieniu, gdyby ich normalnie osądzono i dano najwyższy wymiar kary. Z wykazu trwających detencji na terenie czterech prokuratur apelacyjnych: gdańskiej, rzeszowskiej, lubelskiej i wrocławskiej, wynika, że osoby internowane w związku z oskarżeniem o groźby (maksymalna kara to dwa lata pozbawienia wolności) w szpitalach psychiatrycznych leczone są nawet 10 lat, oskarżeni o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza (kara do 3 lat pozbawienia wolności) – leczą się nawet po 9 lat, a oskarżeni o składanie fałszywych zeznań (kara do 3 lat pozbawienia wolności) – po 8 lat.

Co ciekawe, sądy, które orzekają detencję wobec sprawców błahych przestępstw, nie orzekają jej wobec prawdziwych kryminalistów. Po umorzeniu sprawy wypuszczają od razu na wolność co czwartego niepoczytalnego zabójcę oraz prawie co drugiego pedofila i gwałciciela. Ci, których sądy kierują na przymusowe leczenie do szpitali psychiatrycznych – nie przebywają tam zbyt długo. Na obszarze działalności czterech wymienionych wyżej prokuratur apelacyjnych dwaj najdłużej internowani pedofile siedzą najwyżej 3 lata, a gwałciciel – 8 lat. Oba przestępstwa zagrożone są karą do 10 lat pozbawienia wolności. – W sądach krąży żart, że gangsterzy nie chcą siedzieć w szpitalu z prawdziwymi czubkami, psychopatami, po których nie wiadomo, czego można się spodziewać, więc płacą lekarzom, żeby kierowali do nich wyłącznie zdrowych – śmieje się biegły z Łodzi.

Solidarność środowiska lekarskiego sprawia, że lekarze, którzy bezprawnie zamkną w szpitalu psychiatrycznym zdrowego człowieka, nie ponoszą za to odpowiedzialności. Psychiatrzy rzadko podważają w swych diagnozach orzeczenia kolegów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzają. Badania dotyczące nieprawidłowości związanych z przymusowym leczeniem psychiatrycznym nie wychodzą poza środowiskowe konferencje (tak było z analizami prokuratora Kolasińskiego) albo trafiają do ministerialnych szaf (jak w przypadku badań prof. Dąbrowskiego). Tymczasem od spraw, w których sądy wysyłają na leczenie do szpitali uciążliwych petentów, niedaleko już do pozbywania się za pomocą psychuszek przeciwników politycznych.

Bezprawne zamknięcie zdrowej osoby w szpitalu psychiatrycznym uchodzi lekarzom na sucho także dlatego, że prawo nie traktuje takiego pozbawienia wolności jako szczególnie dolegliwego: decyzję o tym, czy kogoś aresztować, nakazuje sądowi podjąć w ciągu 48 godzin od zatrzymania, a decyzję o tym, czy zostawić kogoś w szpitalu – w 10 dni, w areszcie sąd zamyka na określony czas – na detencję kieruje bezterminowo. Tymczasem dla zdrowego człowieka kilka dni w szpitalu może być piętnem na całe życie, koszmarem, którego nie da się zapomnieć. Lęk przed powrotem do domu bez klamek pozostaje w tych, którzy już raz w nim byli, na zawsze. By go uciszyć, jeżdżą do największych autorytetów psychiatrii, zbierają opinie, że są zdrowi. Zastanawiają się nad każdym gestem, by nie obudzić w kimś podejrzenia: a może jednak z nimi coś nie tak?

Bianka Mikołajewska

Źródło

09 · 21

Pęknięte z żalu serce. Cz. 3

2010-08-08 19:25, aktualizacja: 2010-08-08 19:25:42

Jest decyzja Sądu Okręgowego w sprawie Krzysztofa, skazanego w kwietniu na przymusowe leczenie psychiatryczne. „Zdaje się, że to wierzchołek góry lodowej, który nadal może spędzać nam sen z powiek” – mówi matka.

Prawo / Fot. Thorben Wengert_pixelio.deJak łatwo jest pod przymusem wylądować w psychiatryku, dowiedział się w drugiej połowie kwietnia br. Krzysztof, student IV roku prawa, którego karetka pogotowia, zamiast na badania specjalistyczne, na które miała go przewieść w związku z zapaleniem ucha i silnymi bólami głowy, odwiozła do psychiatryka. O szczegółach informowaliśmy w pierwszych dwóch częściach artykułu, o tym samym tytule.

W tym czasie w Sądzie Okręgowym miasta W. odbyła się rozprawa, na której uwzględniono wniesioną apelację od postanowienia sądu opiekuńczego i postanowienie to zostało uchylone z dniem jego wydania. Sprawę do ponownego rozpoznania przekazano z powrotem, czyli będzie rozpatrywał ją ten sam sąd, którego decyzję właśnie uchylono...

W związku z takim obrotem sprawy o opinię zapytałem samą Elżbietę, matkę Krzysztofa, która
w tej sprawie jest nie tylko osobą poszkodowaną, ale również prawnikiem, specjalistą z zakresu praw człowieka.

- Co ta decyzja oznacza dla Was, osób bezpośrednio poszkodowanych i ogólnie, jak patrzysz dzisiaj z perspektywy tych doświadczeń na ustawodawstwo polskie w obrębie przymusu psychiatrycznego? Razem z Wami odetchnęliśmy z ulgą, że uchylono postanowienie, bo w ten sposób chociaż Krzysztofa ucieczkę z psychiatryka uznano za w pełni uzasadnioną. Ale z drugiej strony sprawa została oddana do ponownego rozpatrzenia na wokandę tego samego sądu...
- Tak, niestety. Zgodnie z kodeksem postępowania cywilnego nie można pomijać kwestii proceduralnych, a tryb nagły stosowany przez lekarzy pogotowia zgodnie z przepisami ustawy o ochronie zdrowia psychicznego działa, jak wykazują kolejne tego rodzaju sprawy -
tylko w jednym kierunku. Bardzo łatwo jest umieścić potencjalną ofiarę często nieuczciwego precedensu i dorobić jej chorobę psychiczną. Po 7-8 dniach „obserwacji pacjenta” jest to bardzo łatwe, gdyż jest on pod wpływem szoku i środków psychotropowych. Gorzej jest z wydostaniem się z d r o w y m z takiego „zamkniętego zakładu psychiatrycznego”, bo z punktu widzenia procedury cywilnej jest to praktycznie niemożliwe. 

Dosłownej mówiąc to owszem, jest możliwość „opuszczenia”, jak się jest grzecznym i przytakuje... „na przepustkę”; ale do końca życia „potencjalny wariat” może być zmuszony do zażywania środków psychotropowych. Co gorsze, istnieje ryzyko, że z osoby zdrowej stanie się „rośliną” i straci swój intelekt, może też cierpieć na nieodwracalne zaburzenia czynności mózgu. Tu porównaj np. sprawę przymusowego leczenia 16-letniej obywatelki Norwegii z Raportu Prof. Manfreda Nowaka A/HRC/13/39/Add. 1 (str. 277), profesor międzynarodowej ochrony praw człowieka na Uniwersytecie w Wiedniu i od grudnia 2004 roku Specjalny Sprawozdawca przy ONZ ds. Tortur; przedstawił on ideę powołania do życia Światowego Trybunału Praw Człowieka (A World Court of Human Rights). Osoby zdrowe, zgodnie z informacjami o stosowaniu neuroleptyków, nie powinny ich w ogóle zażywać, ponieważ grozi to poważnymi powikłaniami.

Niestety mimo krytyki samej ustawy, w tym tzw. trybu nagłego z art. 24 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, przepis ten nadal funkcjonuje bez zmian; stwierdza on, że osoba, której dotychczasowe zachowanie wskazuje na to, że z powodu „zaburzeń psychicznych” zagraża bezpośrednio swojemu życiu albo zdrowiu, lub zdrowiu innych osób, a zachodzą wątpliwości, czy jest ona „chora psychicznie”, może być przyjęta bez jej pisemnej zgody do szpitala, w celu „wyjaśnienia tych wątpliwości”. Pobyt takiej osoby nie może trwać dłużej niż 10 dni. 

W dostępnych publikacjach możemy przeczytać, że w takim „trybie nagłym”, w którym pogotowie pod przymusem zabiera „potencjalnych wariatów” do szpitali psychiatrycznych, trafia kilka tysięcy osób. Jak pisze w swoim artykule p. B. Mikołajewska „Numer na wariata”, już w 2002 roku zespół pod kier. prof. Dąbrowskiego na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości przebadał 400 „orzeczeń lekarskich”, dotyczących osób przyjętych do szpitali psychiatrycznych, właśnie w tzw. trybie nagłym. W połowie tych przypadków lekarze przyjmujący pacjentów nie wyjaśnili przyczyn „hospitalizacji” i nie podawali, co takiego się stało, że pacjenta uznano za „niebezpiecznego”. Warto także zwrócić uwagę na artykuł w „Gazecie Wyborczej” – Poznań  (2007-07-10). W sprawie Krzysztofa stan rzeczy jest bardzo podobny. Krzysztof został zabrany z domu przez karetkę pogotowia bez żadnego zbadania go przez lekarza. 

W przekonaniu swojej, niestety dziś już nie żyjącej babci, a mojej matki, miał zostać odwieziony na badania do kliniki lub szpitala, z uwagi na podejrzenie reakcji alergicznej lub nawet udaru, czy tętniaka mózgu. Miał zalecenie wykonania szczegółowych badań diagnostycznych. Mimo przekazania lekarzowi pogotowia wszystkich informacji, ten, zamiast odwieść Krzysztofa na specjalistyczne badania diagnostyczne tak, jak prosiła o to moja matka, umieścił go w szpitalu psychiatrycznym. Krzysztof nie wiedział, gdzie go zawieziono. Podpisał „zgodę na leczenie” pod wpływem błędu. W dniu „przyjęcia”, po przejściu na oddział, przymusowo otrzymał zastrzyk, po którym zasłabł i obudził się następnego dnia nie wiedząc nadal, gdzie się znajduje. Był w szoku, gdy powiedziano mu, że to oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego. Chciał cofnąć wyrażoną wcześniej zgodę, ale okazało się to niemożliwe. Powiedziano mu, że takiej możliwości nie ma.

Ani Krzysztof, ani moja matka, ani ja nie wiedzieliśmy, dlaczego został on umieszczony w tym szpitalu - nikt nie chciał nas o niczym poinformować. Na pytanie Krzysztofa, na jaką chorobę jest leczony, jedna z pielęgniarek odpowiedziała, że jak wyjdzie ze szpitala, to będzie wiedział! Krzysztof został pozbawiony wolności w najbardziej drastyczny sposób, podczas gdy każdemu z zasady przysługuje prawo do samostanowienia. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta: tak zdecydował lekarz pogotowia; rola lekarza przyjmującego na dyżurze jest tutaj drugorzędna.

Innymi słowy: to, co napisze lekarz pogotowia, jest decydujące. W przypadku Krzysztofa ta notatka nie jest zgodna ze stanem faktycznym, ale jej treść mogliśmy dopiero poznać z uzasadnienia do postanowienia o przyjęciu Krzysztofa na zamknięty oddział psychiatryczny i poddaniu go przymusowej aplikacji „amerykańskich neuroleptyków”, wydanego przez sąd opiekuńczy. 

Krzysztofa uznano za „niebezpiecznego” do tego stopnia, że - jak podaje p. sędzia – „lekarz pogotowia bał się wejść do domu”? Zastanawia mnie, czy ten lekarz bał się bezbronnie leżącego na sofie Krzysztofa, mojej mamy, czy może naszego psa, owczarka niemieckiego? Który, nota bene, w związku z tą absurdalną sytuacją i śmiercią mojej mamy, przez ponad dwa tygodnie musiał przebywać w schronisku. Do Krzysztofa obowiązków należała opieka nad psem, kiedy ja musiałam służbowo wyjeżdżać. 

Lekarz nie wyjaśnił, dlaczego się tak bardzo bał. Co więcej: w art. 24 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego jest mowa o „dotychczasowym zachowaniu”. I tutaj ponownie jest nieprawdziwa informacja, jakoby Krzysztof już od trzech tygodni miał objawy „choroby psychicznej”, w tym uciekał z domu, biegał po ulicy między samochodami, a nawet kładł się na ulicy, szarpał z babcią i w związku z tym zachowaniem „bezimienna babcia” - bo sąd nawet nie ustalił, kim jest ta babcia!? - wezwała pogotowie, które odwiozło wnuczka do szpitala psychiatrycznego? I tutaj znowu jest słowo „niestety”, albowiem nie można tak łatwo ustalić, kto i dlaczego odwiózł „potencjalnego wariata” do szpitala psychiatrycznego, ponieważ tylko ten „potencjalny wariat” może napisać wniosek o wydanie kopii zlecenia wyjazdu pogotowia ratunkowego.

Z tego wynika: że o powodzie umieszczenia Krzysztofa w szpitalu psychiatrycznym dowiadujemy się po ok. dwóch miesiącach z uzasadnienia postanowienia sądu opiekuńczego, które zostało wydane na mój wniosek jako pełnomocnika w sprawie. Ale, kto to uczynił imiennie oraz inne bliższe szczegóły poddane są tajemnicy lekarskiej – taka jest procedura. Naturalnie Krzysztof wystąpi o wydanie takiej kopii zlecenia wyjazdu dla celów konfrontacji. Także jesteśmy bardzo ciekawi, gdzie on biegał? Po której ulicy? A może ulicach? Gdzie się kładł? Kiedy się rzucał i szarpał z „bezimienną babcią”, która, tak samo jak ja, zabiegała o jego wypisanie i tłumaczyła p. dr G., że to pomyłka? A nawet była osobiście ze łzami w oczach u dyrektora tego „Ośrodka” tłumacząc, że nie wie, dlaczego wnuk jest w szpitalu psychiatrycznym, skoro ona prosiła o wykonanie badań w związku z jego bólami głowy i lekami, które zażywał?

Prawda jest taka, że Krzysztof regularnie uczęszczał jeszcze na zajęcia. Wszyscy go widzieli. Przed zatrzymaniem pomagał też przy organizacji spotkania profesora nauk prawnych, a zarazem sędziego Trybunału Konstytucyjnego Francji.

Dzięki postępowaniu apelacyjnemu wiemy więc, dlaczego Krzysztof trafił do szpitala psychiatrycznego, mamy też opinię psychiatryczną, wydaną przez „leczącego” go p. dr G. Gdyby nie moja determinacja i wykształcenie prawnicze, to nie uzyskalibyśmy tych informacji. Dlaczego? Po prostu: po co „wariata” informować kto, dlaczego i na podstawie jakich przepisów umieścił go na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego? „Wariat” i tak tego nie zrozumie… Po co doręczać „wariatowi” opinię psychiatryczną, dotyczącą „jego choroby”? Przecież to i tak „wariat”! Nie musi tego czytać! A rodzinie? Nie można! Bo tajemnica lekarska obowiązuje i tylko „wariat” może napisać oświadczenie o zwolnieniu z takiej tajemnicy i udostępnieniu karty chorobowej, czy opinii psychiatrycznej… Ale że „wariat”, to też nie ma po co go o tym pouczać! O rozprawie też nie ma potrzeby powiadamiać. Wystarczy przyjść niespodziewanie, zabrać na inną salę, przedstawić swoje wywody, a sąd podpisze postanowienie o przymusowym przyjęciu i „leczeniu”. Odprowadzamy następnie „wariata” z powrotem do łóżka. A jak protestuje i krzyczy, że zdrowy, że się nie zgadza z opinią, powołuje na gwarancje procesowe i prawa pacjenta etc.? To wołamy o tzw. pomoc, wtedy się „wariata zgina w pół”, z użyciem przymusu fizycznego, aplikuje zastrzyki, pasy, pampersy i... „wariat zasypia”.

„Wariat” może się teoretycznie odwoływać, ale jak nie ma ustanowionego przez siebie obrońcy (o ile mi wiadomo: nie ma obligatoryjnego obowiązku z urzędu – w sprawach karnych każdy ma prawo do obrońcy) i nie ma wsparcia rodziny, to taką „skargę wariata” w postępowaniu odwoławczym można łatwo uznać za kolejne „urojenia prześladowcze pacjenta”, bo skoro lekarz pogotowia, lekarz przyjmujący i sąd opiekuńczy uznali zgodnie, że pacjent „musi się przymusowo leczyć” to znaczy, że tak musi być!

Prawda tutaj jest bardzo przykra, że osoby pozbawione wolności, takie do których należał też Krzysztof, to kategoria, która o swoje prawa się nie upomni, bo nie posiada takiej możliwości. Dlatego w dobie społeczeństwa obywatelskiego, opartego na zasadach wolności, demokracji i ochronie praw człowieka, potrzeba większego zainteresowania i wzmożonej kontroli ze strony Biura RPO, organizacji pozarządowych i naturalnie rzetelnej, a nie tylko iluzorycznej kontroli sądowej, jest konieczna. Uważam że, każdy „potencjalny wariat” (tak, jak podejrzany) powinien mieć też prawo do obrony i sprawiedliwego rozstrzygnięcia sprawy – w myśl współczesnych standardów rzetelnego procesu. Ponieważ stosuje się tutaj najbardziej drastyczny środek bezterminowego pozbawienia wolności, łącznie z przymusowym stosowaniem środków psychotropowych, nie chodzi tutaj tylko o samą kontrolę legalności decyzji „o umieszczeniu” i przyznanie określonych gwarancji proceduralnych, ale też o kontrolę przestrzegania praw oraz warunków, w jakich przebywają pacjenci. 

Co więcej widzę też potrzebę większej edukacji prawniczej personelu medycznego w szpitalach psychiatrycznych oraz edukacji z zakresu psychiatrii, psychologii sądowej oraz międzynarodowej ochrony praw człowieka sędziów, adwokatów i prokuratorów. Albowiem, w takich sprawach może dochodzić do przekroczenia określonej granicy, co w konsekwencji może skutkować kwalifikowaniem danej „terapii” jako tortury, oraz nieludzkie i poniżające traktowanie lub karanie (definicja tortur zob. np. Dokument Zgromadzenia Ogólnego ONZ - A/HRC/13/39, 9.02.2010, (Original: English).

- Najlepszą opcją byłoby dostosowanie się do poglądu Najwyższej Komisarz ONZ, która jasno stwierdza w swoim Raporcie do Zgromadzenia Ogólnego (szczegóły), iż ustawy, pozwalające na przymusowe zatrzymanie, typu „o ochronie zdrowia psychicznego”, są niezgodne z Konwencją Praw Człowieka Osób z Niepełnosprawnością i powinny być zniesione. Parlament polski powinien pilnie ratyfikować tą Konwencję. (List Fundacji Helsińskiej do Premiera RP w tej sprawie.)

 
- Tak, należałoby poczynić działania, zmierzające do ratyfikacji tej konwencji. Choć podkreślam, sama ratyfikacja nie wystarczy. Albowiem, jak wiadomo z teoretycznego punktu widzenia na przykład ustawa o ochronie zdrowia psychicznego miała chronić zdrowie psychiczne i zapobiegać sytuacjom umieszczania zdrowych osób w zamkniętych zakładach psychiatrycznych. Jednakże z uwagi na brak szczegółowych przepisów wykonawczych (zwłaszcza dotyczących postępowania o umieszczeniu danej osoby po raz pierwszy w szpitalu psychiatrycznym), rzetelnej kontroli sądowej i często brak znajomości uregulowań prawnych przez personel medyczny, „w domach bez klamek’ dochodzi to nadużyć (por. też program p. E. Jaworowicz „Dom bez klamek” – 16 czerwca 2010 r.)

- I ostatnie pytanie: czy możesz zdradzić Czytelnikom, jak miewa się obecnie Krzysztof?
- Krzysztof jest jeszcze przygnębiony. Obawia się bardzo o swoje dalsze życie. Ma jednak nadzieję, że powróci do domu i zaliczy chociaż część ćwiczeń, przystąpi do egzaminów. Przygotowuje się na wrzesień. Po za tym, praktyka zawodowa w kancelarii adwokackiej w Brukseli daje mu dużo satysfakcji. Zdał sobie także sprawę, jak łatwo można każdego człowieka zniszczyć.
- Dziękuję za wypowiedź.

Wypowiedź autoryzowana

09 · 21

Pęknięte z żalu serce, cz. 2

12 07 2010 ANDRZEJ SKULSKI

„Teraz o synu może pani zapomnieć” - powiedział do mnie psychiatra, dr G. i śmiał mi się prosto w oczy. „Mam postanowienie sądu i to ja leczę pani syna, i tak długo będę go leczył, aż go wyleczę!”

O dramatycznej sprawie Krzysztofa i jego rodziny, o ich walce z bezprawiem, przemocą psychiatryczną, o ucieczce z psychiatryka, wyjeździe za granicę i o śmierci jego babci, która pośrednio była spowodowana powstałym wokół ich rodziny stresem, informowaliśmy w pierwszej części artykułu pod tym samym tytułem. Poniżej publikujemy rozmowę, jaką właśnie udało mi się przeprowadzić z Elżbietą i Krzysztofem.

Andrzej Skulski - Wiem, że emocje w takich chwilach nie opadają zbyt szybko, a od Waszej ucieczki z opresji psychiatrycznej i śmierci babci Krzysztofa, a Twojej mamy minęło zaledwie kilkanaście dni, ale jak z perspektywy tego czasu oceniacie wydarzenia, które tak dramatycznie wpłynęły na Wasze życie?

Elżbieta - Ogólnie mówiąc: to koszmar. Sytuacja prawna się nie zmieniła. Złożyliśmy apelację i musimy czekać. Do tej pory nikt specjalnie się nie spieszył ani w sądzie, ani w psychiatrii, wręcz przeciwnie, więc domniemamy, że i tym razem przyjdzie nam czekać do ostatniego dnia, czyli 2 miesiące, bo sąd ustawowo ma tyle czasu na odpowiedź. Aż trudno uwierzyć, że mamy XXI wiek i żyjemy w państwie prawnym, które jest członkiem ONZ, Rady Europy i Unii Europejskiej. Psychiatrzy złamali wszystkie możliwe normy prawa polskiego i międzynarodowego, w sposób jawny nie szanując zasady samej idei państwa prawnego.

- Niestety w przypadku psychiatrii mamy do czynienia z umyślnym profanowaniem prawa i na domiar złego w społeczeństwie panuje przekonanie, że wszystko musi być w porządku, skoro rzecz odbywa się w jego majestacie. Mało kto wierzy w taki brak respektu wobec litery prawa, a dopiero bezpośredni kontakt z psychiatrią i parafującym sądownictwem pokazuje, że jest inaczej.

Elżbieta - Dokładnie! To jest nie do wiary! Już z uzyskaniem odpisu postanowienia sądu mieliśmy spore problemy. Albo słyszeliśmy, że pani sędzia jest nieuchwytna, albo że akta sprawy są niedostępne, bo... ma je pani sędzia! W końcu po ciągłych naciskach otrzymaliśmy to postanowienie z uzasadnieniem. Babcia Krzysia, a moja mama, po przeczytaniu relacji obsługi karetki pogotowia doznała kolejnego, jeszcze większego szoku! Najpierw musiała bezradnie obserwować, jak wnuczek, zamiast znaleźć się na badaniach w związku z ostrym zapaleniem ucha, wylądował w psychiatryku, potem nie chciano jej w ogóle do niego dopuścić, następnie nagła „rozprawa” i postanowienie o przymusie „leczenia” psychiatrycznego... W uzasadnieniu postanowienia przeczytaliśmy, że to właśnie babcia niby miała zeznawać, jakoby Krzyś miał jakieś „zaburzenia psychiczne”, że rzucał się na ulicę pomiędzy samochody, co jest ewidentną bzdurą, gdyż mieszkamy w miejscu, gdzie w ogóle nie ma takiej możliwości. Ba! Krzysztof nawet miał się szarpać z  babcią, „zagrażając jej bezpieczeństwu” i że to ona domagała się umieszczenia go w psychiatryku!

- Tak, psychiatria ma to do siebie, że opiera swoje ekspertyzy na pomówieniach i kłamstwach. Wasz przypadek nie jest niestety odosobniony.

Elżbieta - Ale kto, normalnie rzecz biorąc, zdaje sobie z tego sprawę?! Też myśleliśmy, że to dziedzina medycyny... Mama, czytając te kłamstwa, załamywała się zdanie po zdaniu! To wszystko było dla niej za dużo. Własnoręcznie zaznaczyła na tym dokumencie, że to nieprawda i ze łzami powtarzała: „córeczko, to kłamstwa, to wszystko wydaje się niemożliwe... Dlaczego oni takie rzeczy wypisują? Przecież mieli go odwieźć do kliniki, aby wykonać badania, a nie do szpitala psychiatrycznego! On był taki chory, że nie mógł wstać z łóżka, a o rzucaniu się na ulicę, czy na mnie, w ogóle nie mogło być nawet mowy! Przyjechałam do niego bo dzwonił, że jest mu słabo, że nie może się poruszać, prosił, abym przyjechała i zrobiła mu coś do zjedzenia i bym pomogła. Jak przyjechałam był taki blady, nie mógł nawet mówić. Mówiłam do niego: Krzysiu, odezwij się, a on nic, tylko 'babciu, ratuj...'  Co miałam robić?” - pytała. „Natychmiast wzięłam ulotki lekarstw, które zażył Krzysiu i zadzwoniłam do pana dr. J.” - dr J. to lekarz, który od lat opiekuje się naszą rodziną i to on właśnie kazał mamie wezwać pogotowie. „Elu” – powtarzała śp. mama – „ja nic nie wiedziałam, gdzie go zabierają, uwierz mi, dopiero na drugi dzień dowiedziałam się o tym, że jest w szpitalu psychiatrycznym”.

- Sytuacja była ekstremalna dla Was wszystkich, dla babci tym bardziej. Zanim wróciłaś z zagranicy walczyła sama z ową psychiatryczną „nieomylnością”...

Elżbieta -Tak! Niezmiernie cierpiała przede wszystkim dlatego, ponieważ to ona wezwała pogotowie ratunkowe, które, zamiast pomóc, odwiozło bezbronnego, prawie nieprzytomnego wnuczka do psychiatryka, więc niepotrzebnie czuła się temu wszystkiemu winna. Kiedy pani sędzia powiedziała mi z ironicznym uśmiechem prosto w oczy, że Krzysiu wymaga co najmniej dwuletniego „leczenia” w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, bo tak powiedział pan dr G., też mi serce wtedy zastygło, a nogi się ugięły... Obydwie myślałyśmy, że trzeba będzie wzywać karetkę reanimacyjną! Nawet dziś nie pamiętam, jak wróciłam wtedy do domu. Płakałyśmy razem z moją mamą, a ta od tego czasu nic już nie mogła jeść i cały czas płakała...

Krzysztof - Nie zapomnę sytuacji, kiedy na siłę zabierano mnie po tej tak zwanej rozprawie do sali, jak babcia stała przy tym bezradna i patrzyła na to wszystko przerażona i ze łzami w oczach. Odprowadzano mnie siłą i szarpano przy tym, gdyż zgłaszałem sprzeciw, a ordynator, który też tam był i którego poprosiłem o pomoc odpowiedział bezczelnie: „...Niczego nie słyszę”. Boże, pomyślałem wtedy, gdzie ja się znalazłem?! Czy to obóz koncentracyjny? Moją pracę maturalną pisałem o obozach zagłady, o nazistowskich metodach eksterminacji, a tu nagle czułem, jakbym sam właśnie w takim miejscu się znalazł. Od czasu wydania postanowienia przez panią sędzię M. zaczęto mnie po prostu „leczyć” na „schizofrenię paranoidalną”, odkryto „psychozy wysokopostaciowe”...

Elżbieta - Mama po tym wszystkim powtarzała, że niech ona prędzej z tego świata odejdzie, aniżeli Krzysiu miałby pozostawać w psychiatryku, że sobie tego nigdy nie wybaczy. Tłumaczyłam jej, że to nie ona jest winna, tylko pogotowie, lekarze psychiatrzy i sąd są winni, że musi o siebie zadbać, jeść i pić, że ja i Krzysiu bardzo ją potrzebujemy, że musi żyć. I tak walczyłyśmy razem o Krzysia. A jak już udało nam się dosłownie „wypłakać” od dr. G. tą przepustkę na weekend i wyjechałam z nim za granicę, zadzwoniłam do mamy, że już jesteśmy razem z Krzysiem w bezpiecznym miejscu i żeby się nie martwiła. Ale ona dalej płakała, była przestraszona i mówiła, że policja będzie Krzysia szukać, że mogą włączyć Interpol, że go zamkną. Uspokajałam ją, że Krzysiu nie popełnił żadnego przestępstwa, to dlaczego ma go ścigać policja, w dodatku jeszcze Interpol? Postanowienie jest nieprawomocne i złożyliśmy przecież apelację, że ma przestać płakać i zamartwiać się, bo jeszcze jest wyższa instancja, więc będziemy walczyć, w końcu jesteśmy prawnikami, ale... bez skutku... Mama nie dała sobie rady z tym, co nam się przytrafiło, nie wytrzymała ciągłego napięcia nerwowego. Chorowała na serce, cierpiała na niewydolność układu krążenia, a po incydencie z Krzysiem jej stan raptownie uległ pogorszeniu, zasłabła i po kilkudniowym pobycie w szpitalu niestety zmarła.

- Prawi ludzie ciężko znoszą kłamstwa.

Elżbieta - Właśnie. I to jest problem. Jeszcze trzeba sobie wyobrazić, bo pani sędzia w uzasadnieniu napisała, że Krzysiu stanowił nie tylko „zagrożenie dla siebie, ale i dla babci”, z którą mieszka, więc jak można się czuć? Krzysiu z moja matką nie mieszkał, ona miała swoje własne mieszkanie. Krzysiu mieszkał ze mną, a moja matka przyjechała do niego, bo on ją  poprosił o pomoc. Pozostał w domu sam, bo ja wyjechałam 5 kwietnia do Niemiec, gdzie realizuję grant naukowy. Też czuję się winna tego dramatu, bo to ja wysłałam Krzysia do Rejonowej Poradni Lekarza Rodzinnego. Krzysiu dzwonił do mnie, że ma gorączkę powyżej 39 stopni, że jeździł wcześniej na rowerze i go przewiało, i że ma okropne bóle głowy i uszu. Poradziłam mu więc, aby skonsultował to z lekarzem rodzinnym w przychodni rejonowej. To chyba normalna reakcja? Nie wiedzieliśmy wtedy, że ta niewinna historia będzie miała dla wszystkich takie dramatyczne następstwa.

- Wyjechaliście z Polski ratując się przed terrorem psychiatrycznym. Dla mnie rzecz jasna i zrozumiała, większość bliskich jednak, nawet, jeżeli mają wątpliwości, nie decyduje się na taki krok i niestety, nie widząc innego wyjścia i stojąc bezradnie wobec tak potężnej machiny przemocy, dostosowuje się do orzecznictwa sądowego, stawiającego pieczęć pod decyzją psychiatry o przymusie „leczenia”.

Elżbieta - Jasne! Przy pierwszej okazji uciekliśmy przed tym psychiatrycznym bezprawiem, wykorzystując przepustkę weekendową, jaką z wielką łaską udzielił Krzysztofowi prowadzący psychiatra, dr G., a którą praktycznie wypłakałyśmy z mamą nieustającymi interwencjami osobistymi i telefonicznymi. Nie wyobrażałam sobie, abym mogła pozwolić na powolną śmierć cywilną i biologiczną Krzysia w warunkach, gdzie ma miejsce takie nieludzkie i poniżające traktowanie i karanie! Moja śp. mama, jak już zorientowała się, o co chodzi, szybko nazwała to po imieniu mówiąc: „to nie jest leczenie, to jest zbrodnia w białych rękawiczkach, a podejrzany w procesie karnym jest lepiej traktowany, aniżeli  osoba przewieziona do takiego ‘szpitala psychiatrycznego’...”

- Mówisz o śmierci cywilnej i...

Elżbieta - Oczywiście! Stanowczo powtarzam: śmierć cywilna, tak! Ponieważ człowiek nie jest tam już podmiotem prawa, a po prostu - w skutek ubezwłasnowolnienia - staje się tylko przedmiotem, o którego losie decyduje lekarz i kadra szpitala, czy szpitali i ma się to za przyzwoleniem przymusu państwa! A, że to zbrodnia? Tak! Ponieważ czytaliśmy o tych substancjach, które na siłę podawano Krzysiowi i które jeszcze były w planie „leczenia”, łącznie z elektrowstrząsami – taka terapia zabija, nie leczy. I teraz też jeszcze dreszcz przechodzi mi po plecach na samą myśl! Wiem, że nie jestem lekarzem, co mi wystarczająco często uświadamiał ostatnio „leczący” Krzysia dr G., tylko prawnikiem, ale wystarczy wpisać nazwy tych substancji na Google i odpowiedź jest oczywista, a sam Krzyś jest też tego dowodem. Jak zobaczyłam go po tej „terapii” to zamarłam z przerażenia: wychudzony, przestraszony, z paraliżem nóg, nie mogący mówić, bo miał drętwienie języka... To był dla mnie wstrząsający widok...

Krzysztof - ...Ale, jak może wyglądać taka osoba, skoro - oprócz wszystkich tych substancji chemicznych - na śniadanie kromka chleba, czy dwie, z pasztetem, potem coś, co tylko trochę przypominało obiad i kolacja - znowu ten suchy chleb i „naturalna” woda... z kranu! Brak nawet podstawowego wyżywienia!

- Wiem, że próbowaliście się upomnieć, poskarżyć się lekarzowi prowadzącemu. Jak zareagował?

Elżbieta - Z taką ignorancją człowiek rzadko się spotyka. Przed rozprawą dr G. był  grzeczny, zapewniał, że Krzysiu wyjdzie, że to formalność. Kłamał, jak z nut i chodziło tylko o to, żeby uśpić naszą czujność. Szczególnie babci, bo ja jeszcze byłam za granicą; wierzyliśmy przecież w to, co mówi nam pan doktor, że Krzysiu zaraz wyjdzie. Dopiero po postanowieniu sądu pokazał swoje prawdziwe oblicze i zamiary. Był bezczelny i lekceważący. I jeszcze mi mówi, bo oczywiście natychmiast rzuciłam wszystko i wróciłam do Polski... i sąd też... że oni go chronią?! Zapytałam więc, przed czym go chronicie? Usłyszałam, że „przed nim samym”, że „to dla jego wyleczenia, dla jego dobra”, bo stwierdzono, że Krzysiu może „za kilka lat popełnić samobójstwo, wyskoczyć przez okno”... Pytałam więc, z czego to „leczenie” wynika i dlaczego Krzyś ma wyskakiwać przez okno? „Nie jest pani lekarzem, to JA go leczę” – usłyszałam w odpowiedzi. Na co ja: a jakie są symptomy Krzysia choroby? „Nie jest pani lekarzem, to JA go leczę...” Z czego Pan go leczy? „JA go leczę...” - i tak bez końca... Jak grochem o ścianę! A pani sędzia to samo: z uśmiechem od ucha do ucha, że „pan doktor go leczy, bo on musi być wyleczony...” Dosłownie ręce człowiekowi opadały a serce nie wytrzymywało...

Krzysztof - Do tego jeszcze poczucie zagrożenia w szpitalu, bo dochodziło do uderzeń przez „współpacjentów” i do kradzieży. Byłem przerażony! Przecież studiuję prawo i wiadome mi jest, że jeśli osoba „psychicznie chora” cokolwiek komukolwiek zrobi, to nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Na moich oczach jeden „pacjent” kopnął na korytarzu młodego chłopaka w klatkę piersiową...

Elżbieta - ...Ja też po kilku wizytach chodziłam roztrzęsiona, gdy słyszałam słowa ty k..., ch..., jak ci p... itp... Wszystko to oczywiście warunki bardzo „sprzyjające” ochronie zdrowia psychicznego?!

Krzysztof - ...Na ten oddział, gdzie „leczono” przymusowo, policja dowozi sprawców przestępstw, stąd takie „ciekawe” otoczenie i oczywiście wypaczona pozycja osób określanych mianem „chorych psychicznie” w oczach społeczeństwa.

- Tak. To od początku istnienia psychiatrii o to właśnie chodzi. Takie mieszanie tzw. schizofreników z kryminalistami ma dwie funkcje:

1. kryminaliści znęcają się nad schizofrenikami, bo normą psychiatryczną jest traktowanie ich, jak nieludzi, a że są spokojni i znoszą w milczeniu i pokorze te katorgi, więc łatwa sprawa; poza tym jest nawet przyzwolenie prawne i personelu „szpitalnego” oczywiście, bo jak już jest „diagnoza”, to nie grożą żadne konsekwencje karne, więc tacy kryminaliści bezmyślnie odbierają brudną robotę psychiatrom i po

2. postronny obserwator, wchodzący do psychiatryka i widzący ludzi brutalnych, wulgarnych i z dużym potencjałem kryminalnym, nigdy nie wpadnie na myśl, że za tak skonstruowaną fasadą izolowane są te jednostki, którym przyłatano diagnozę psychiatryczną, ponieważ uznano je za „niebezpieczne dla systemu”, czyli z zupełnie innych powodów, niż to oficjalnie określone. To zupełnie nieprzypadkowa zagrywka systemu reżimowego. W Polsce stanu wojennego np. robiono podobnie z ludźmi, wydalanymi wtedy na Zachód za działalność antykomunistyczną. Z jednej strony wydalano kogoś niewygodnego politycznie, wręczano mu tzw. paszport „w jedną stronę”, a w tym samym czasie wręczano takie same paszporty 20-tu innym więźniom kryminalnym, którzy akurat też siedzieli w więzieniu. I tak, lądujący w ten sposób na Zachodzie banita, w bardzo krótkim czasie był traktowany, jak złodziej, bo przecież szybko wiadome było we wszystkich urzędach, że „ci Polacy z tymi ‘paszportami w jedną stronę’ to banda złodziei”. W ten właśnie sposób reżim utrudnił nowy start wielu wygnańcom... Ale to oczywiście osobny temat.

Elżbieta - To niesamowite... Krzysiu, uważam, był i jest bardzo dzielny, bo przeszedł piekło. Paradoks i ironia losu tkwi w tym, że cała nasza rodzina, łącznie z moją śp. matką, mocno jest związana z prawem, a mama była oddanym ludziom człowiekiem, dobrym prawnikiem. W dodatku pasjonowała się prawem rodzinnym i opiekuńczym. Pisała pracę magisterską z tego zakresu u znanego polskiego profesora. Bardzo chciała być sędzią sądu rodzinnego i mnie też do tego namawiała. Gdybym nie zafascynowała się inną dziedziną prawa, to kto wie, może zostałabym sędzia sądu rodzinnego i orzekałabym w takich sprawach, jak Krzysia, który godnie kontynuuje dzisiaj tradycje rodzinne i studiuje prawo na IV roku. Jest wzorowym i wyróżniającym się studentem. W kwietniu rozpoczął praktykę w Sądzie Okręgowym, paradoksalnie w wyższej instancji sądu niż ten, który go teraz „skazał”. A teraz musiał przerwać studia i praktykę, bo trzeba było uciekać...

Dostałam też wezwanie na policję, bo zgłosiłam zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa ze strony  szpitala. Chciałabym aby prokuratura wszczęła postępowanie karne przeciwko przetrzymywaniu Krzysia na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Sprawa jest niestety skomplikowana i dramatyczna, a luki prawne pozwalają na to, że ustawa, z którą mamy tu do czynienia, wydaje się stać zupełnie ponad wszelkimi normami! Wskazuje na to nie tylko nasz przypadek, ale też inne publikacje typu: „jak zrobić z kogoś wariata, aby pozbyć się tej osoby na zawsze” (np. ‘Numer na wariata’, Bianka Mikołajewska, „Polityka”, nr 10/2005). Dodatkowo pojawia się pytanie, kto ponosi tutaj winę? Lekarz pogotowia? Lekarz przyjmujący? Lekarz wydający opinię z tego samego szpitala i stosujący niezwykłą „terapię leczniczą”? Czy może pani sędzia, którą chroni immunitet? A może sąd? Albo samo państwo?

Na pewno widać tu bardzo wyraźnie, że system zawodzi, gdy do drugiego człowieka nie podchodzi się indywidualnie, gdy panuje powszechna znieczulica, nadużycie kompetencji, gdy nie wykonuje się swoich obowiązków rzetelnie, ze wszelką starannością. Tym bardziej jest to niepokojące, że chodzi tutaj o wolność, godność, zdrowie i życie jednostek – dobra dla każdego przecież najcenniejsze! Do tego dochodzi jeszcze brak świadomości w społeczeństwie, co tak naprawdę dzieje się za murami zamkniętych oddziałów psychiatrycznych! Przecież nikt z nas nie zdaje sobie sprawy o tym dopóty, dopóki sam nie zostanie z tym skonfrontowany. Na mnie, jako na matkę, spadła ta świadomość, jak grom z jasnego nieba! Nie mogę pozwolić, aby na moich oczach państwo, reprezentowane przez sąd, odbierało mi pod przymusem syna, zabijając go podawaniem silnych, uzależniających środków psychotropowych i neuroleptyków, czy stosując na nim elektrowstrząsy, które to „terapie” doprowadzają do wyniszczenia organizmu.

Krzysztof - Po tych wszystkich substancjach czuję się potwornie i wciąż odczuwam wiele skutków ubocznych. Największym problemem jest jednak to, że zupełnie zlekceważono moją wolę, złamano ją i wbrew mojemu sprzeciwowi kazano mi łykać te trujące substancje, prowadzące do uszkodzeń funkcji mózgu. Kiedy się sprzeciwiałem, obezwładniano mnie, przywiązywano do łóżka i aplikowano mi je pomimo tego w formie zastrzyku! Do dzisiaj czuje się po tym wszystkim fatalnie, jestem przerażony i złamany taką nieludzką psychologią psychiatryczną, stosującą przymus państwa w celu niszczenia jednostek i nazywając to bezczelnie „leczeniem”. Słowo „leczenie” jest wciąż używane w różnych dokumentach, w tym też w „ustawie o ochronie zdrowia psychicznego” oraz  w postanowieniu sądu w mojej sprawie. Nie jest to jednakże zgodne z treścią tego słowa, bo ideą leczenia jest uzdrowienie, pomoc w powrocie do zdrowia, a w przypadku takiego „leczenia” psychiatrycznego, jakie mogłem poznać, skutek jest odwrotny...

Elżbieta - Może nadszedł czas, aby uważniej przyjrzeć się takim psychiatrycznym „terapiom uzdrawiania”, zapoznać rzeczników praw pacjenta i sądy z tymi „substancjami”, które podaje się przymusowo bezbronnym osobom, pozbawionym jakichkolwiek praw? Nie trzeba być tutaj lekarzem, aby po przeczytaniu informacji o tych specyfikach dojść do wniosku, że więcej to przynosi szkody, niż pożytku. Wyglądało to tak, jakby właśnie za pomocą tych „leków” psychiatria produkowała sobie „pacjentów”. Aż nie możemy uwierzyć, że wszystko to dzieje się wręcz za pozwoleniem przymusu państwa i na jego koszt; koszty takich „terapii”, co dumnie podkreśliła p. sędzia, pokrywa państwo, a „leki”, najczęściej amerykańskie, są bardzo drogie i „pacjenci” muszą je przyjmować do końca życia! Do tego większość takich osób nie ma już powrotu do społeczeństwa, wiec muszą pozostawać przez lata w zakładach psychiatrycznych, w domach opieki społecznej, niektórym przysługuje renta... I to wszystko na koszt państwa, które w ten sposób ma dbać o zdrowie psychiczne za pośrednictwem „lekarzy” psychiatrów, psychologów, rzeczników praw pacjenta i sądu? Jak może „lekarz” skazywać kogokolwiek na utratę zdrowia i życia wmawiając, że go leczy? A sędzia, reprezentujący wymiar sprawiedliwości państwa prawnego, bez postępowania dowodowego, bez prawa do obrony, z uśmiechem takim samym jak bezczelny i pewny siebie pan dr G., tylko parafuje jego decyzje? To jest niewyobrażalne, że zamiast rządów prawa mamy do czynienia z rządami hermetycznie zamkniętego środowiska lekarzy psychiatrów, którzy pod przykrywką leczenia posuwają się do wykluczenia jednostek ze społeczeństwa i nieludzkiego eksperymentowania na nich.

- Wasza postawa jest godna naśladowania i miejmy nadzieję, że naśladowców będzie też coraz więcej... A jakie plany macie na najbliższe tygodnie?

Elżbieta - Na razie musimy cierpliwie czekać około dwóch miesięcy. Aż niewyobrażalne wydaje się, że Krzysztof, gdyby nie uciekł z psychiatryka, przebywałby tam jeszcze tyle czasu i jak wyglądałby po tak długim okresie tej pseudo-terapii! Ile prochów by już w niego wstrzyknięto, ile miałby przymusowych elektrowstrząsów i ile razy leżałby tak po 2 dni z pampersem. Chyba wtedy mielibyśmy w naszej rodzinie trzy pogrzeby, a nie jeden – nie wiem...

Koledzy i koleżanki Krzysia są oburzeni zachowaniem lekarzy i sądu, podobno nawet chcieli zorganizować demonstrację. Powstrzymał ich przed tym promotor Krzysia, który przekonał ich, że tą sprawę należy potraktować indywidualnie i poczekać na orzeczenie Sadu Okręgowego. Musimy więc cierpliwie czekać. Krzysiu jest cały czas w kontakcie ze swoimi kolegami i koleżankami. Rozmawia z nimi, wciąż często mając jeszcze łzy w oczach. Oni zaliczają sesję, a on nie może wrócić ani do domu, ani na uczelnię.

Krzysztof - Jeszcze całe szczęście, że ukończyłem program Jeana Monneta z zakresu studiów europejskich w Brukseli i poznałem tam adwokata, który zaproponował mi praktykę, a wszystkie formalności zdążyłem załatwić przed zabraniem mnie do psychiatryka. Za kilka dni wyjeżdżam więc do pracy w jednej z kancelarii adwokackich w Brukseli; potwierdzenie od pana mecenasa już mam i ten cieszy się z mojego przyjazdu. Ta adwokacka przygoda pozwoli mi może choć przez moment zapomnieć o utraconej wolności, o odebraniu mi możliwości kontynuowania studiów i praktyki w Sądzie Okręgowym, a także o całej tej dramatycznej sytuacji, w której się obecnie znajdujemy.

Elżbieta - W sprawę Krzysia zaangażowali się tez jego profesorowie i będą zeznawali co do jego zachowania przed rzekomą „chorobą psychiczną”. Sąd w swoim postanowieniu podał, jakoby Krzysiu miał jej symptomy już 3 tygodnie przed umieszczeniem go w psychiatryku, gdzie on przecież do samego końca był aktywny na wydziale. Nawet już przeziębiony odbierał z lotniska sędziego Trybunału Konstytucyjnego oraz zajmował się nim z uwagi na swoja biegłą znajomość języków obcych. Krzyś jako pasjonat nauki prawa jest członkiem Elsa Poland, AEGEE – Europejskiego Forum Studentów i prezesem jednego z kół naukowych. Być może ta jego intensywna działalność wskazała na objawy jakiegoś nowego typu „jednostki chorobowej”? Może wymyślą mu na przykład  „schizofrenię paranoidalo-pracochoidalno-wielkościowo-obnoszącą się...”, bo u nich wszystko wydaje się być możliwe. Zobaczymy... Będziemy was informować, co jeszcze wymyślą i na pewno się nie poddamy...

- Dziękuję za rozmowę i życzymy wytrwałości...

(Tekst autoryzowany; cdn.)

Źródło

Część 1

07 · 30

Banki udostępnią fiskusowi dane internauty.

Media_httpstaticepraw_oeegd

fot. www.sxc.hu

Od dziś skarbówka może żądać od banku danych właściciela konta, którego podejrzewa o nielegalny handel w internecie. Jeżeli bank odmówi ujawnienia informacji, to zapłaci karę.

Do tej pory banki mogły odmawiać podania danych zasłaniając się tajemnicą bankową. Nowe prawo pozwoli fiskusowi również sprawdzić, kto zamieścił ogłoszenie w sieci.

Kontrolerzy będą mogli wystąpić o dane reklamodawcy do właściciela serwisu internetowego wtedy, gdy z treści informacji wynika, że ogłoszeniodawca prowadzi niezarejestrowaną firmę.

Banki oraz portale internetowe, które nie zgodzą się na podanie namiarów na internautę, narażą się na karę do 5 tys. złotych.

Ujawnianie danych nie będzie konieczne, gdy fiskus nie przedstawi wiarygodnego uzasadnienia, że właściciel konta lub ogłoszeniodawca próbuje oszukać państwo.

W ustawie zaznaczono, że kontrolerzy poznają jedynie te informacje, które są niezbędne do namierzenia osoby, a więc tylko imię i nazwisko oraz adres podejrzanego.

Powyższe zmiany wprowadza wchodząca dziś w życie nowelizacja ustawy o kontroli skarbowej (Dz. U. Nr 127, poz. 858). Dokument znacznie ułatwi pracę kontrolerów fiskusa, którzy szukają w internecie nielegalnych handlarzy oraz firm, które chcą zataić dochody z e-handlu.

Dariusz Madejski, e-prawnik.pl

_______________________________

Źródło: http://e-prawnik.pl/wiadomosci/informacje/banki-udostepnia-fiskusowi-dane-int...

07 · 28

Z czym się kojarzy tęczowa dłoń?

Media_httpbigazetapli_zfpyb

Nowy Sącz ma nowe logo - kolorowa dłoń z czarnym prostokątem i hasłem "Dobrze wróży". Zaprotestowało duszpasterstwo akademickie, które widzi tu symbol gejów, satanizmu i okultyzmu.


Logo zaprezentował na początku lipca ratusz. Firma graficzna Papajastudio tłumaczyła, że to symbol przyjacielskiej dłoni, a barwy nawiązują do wielokulturowości i folkloru zamieszkujących te ziemie od wieków Lachów Sądeckich. Czarny prostokąt pośrodku oznacza lokalizację ratusza. I to wszystko razem ma dobrze wróżyć miastu na przyszłość.


Oburzyło się Duszpasterstwo Akademickie „Strych” działające przy jezuickiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowy Sączu. Wśród mieszkańców miasta kolportuje list protestacyjny: „Kolory tęczy, jak powszechnie wiadomo, są symbolem mniejszości homoseksualnych. Czarna kropka wytatuowana na środku dłoni jest symbolem » zakropkowania «, czyli oddania się szatanowi”.

- Jako wierzący nie zgadzamy się, by Nowy Sącz poprzez taką symbolikę został poddany pod działanie złego ducha - tłumaczył o. Robert Więcek, opiekun Duszpasterstwa w Sądeckiej Telewizji Internetowej. - Lepszy byłby symbol gór. Czemu mamy wstydzić się herbu św. Małgorzaty, który teraz schodzi na plan dalszy?

- Zaszokowała mnie zawartość i ton listu - mówi Ryszard Nowak, prezydent Nowego Sącza, jeden z założycieli PiS. - Mam nadzieję, iż św. Małgorzata Męczennica z Antiochii będzie nas nadal mieć w swojej opiece. Znak herbowy miasta, ze świętą, jest dla mnie sacrum! Nikomu ani przez chwilę nie przyszło do głowy, by "usuwać ze świadomości mieszkańców" patronkę i opiekunkę grodu. Herb miasta powinien być stosowany z umiarem i szacunkiem należnym herbowi i pamięci świętej. To była jedna z przesłanek, która zadecydowała o przygotowaniu nowego znaku firmowego miasta.

Prezydent Nowak zapowiada, że logo będzie używane na gadżetach promujących miasto.

07 · 28

Koniec prywatności: reklamy będą wiedziały kim jesteś?

Media_https2blomediap_fyydf

Wyobrażacie sobie sytuację, w której na billboardzie reklamowym wyświetlane są reklamy dostosowane do… ludzi właśnie nań spoglądających? Niestety, to nie wizja z kolejnego filmu sci-fi, a rzeczywistość. Takie urządzenie zamontowano właśnie w Tokio. 

Najdziwniejsze reklamy operatorów TOP 10

Technologia przypominająca reklamy znane z filmu Raport Mniejszości została zainstalowana w jednym z japońskich billboardów. Całość została wyposażona w system kamer, które śledząc otoczenie potrafią wykryć płeć, a nawet wiek osób znajdujących się w pobliżu reklam.

Projektanci urządzenia chwalą się, że:

“Kamery są w stanie odróżniać płeć i wiek osób, nawet wtedy, gdy przechodzą one przed wyświetlaczem i spoglądają w stronę reklamy jedynie przez kilka sekund”.

Na szczęście, japoński wynalazek nie jest jeszcze w stanie identyfikować nas z imienia i nazwiska. Całość opiera się jedynie na zestawieniu danych demograficznych, na podstawie których analizowane jest, czy na wyświetlaczu pojawi się reklama zabawki, czy leku na prostatę. Miejmy nadzieję, że wizje znane z Raportu Mniejszości szybko nie zostaną zrealizowane.

Źródło: dvice

07 · 28

Siedem kluczy do Internetu dla ludzi śmiertelnych.

Media_httpbigazetapli_jtjbj

Fot. CDNS

Jeden by wszystkie odnaleźć i w ciemności związać? No, nie do końca. Siedem kart chipowych może zostać w razie bliżej niewyspecyfikowanej "katastrofy" użyte do zresetowania Internetu.

 

DNS (Domain Name System) to jednocześnie system serwerów, protokół oraz usługa pozwalająca na zmianę adresów w formie słów, używanych przez ludzi (takich jak www.gazeta.pl) na adresy IP (takie jak 80.252.0.145). Jednak DNS jako takie miało jeden istotny problem - z założenia zostało stworzone z myślą o możliwości skalowalnej rozbudowy w miarę wzrostu Internetu, ale nie zostało stworzone z myślą o bezpieczeństwie. Dlatego DNS jest podatny na różne formy ataków, i dlatego właśnie powstał DNSSEC, czyli wersja DNS z wbudowanymi w swoją strukturę zabezpieczeniami kryptograficznymi.

Dzięki zabezpieczeniom kryptograficznym możliwe jest sprawdzenie, czy odpowiedź, jaką otrzymaliśmy od serwera DNS (że www.gazeta.pl przekłada się na 80.252.0.145) faktycznie pochodzi od serwera DNS i jest prawdziwa. Jednak w tym celu konieczne jest, aby serwer DNS posiadał podpis elektroniczny, i ten podpis musi być złożony przez odpowiednio zaufaną instytucję, która z kolei musi posiadać własny podpis elektroniczny, i tak do góry, aż do podstawowego klucza od którego się wszystkiego zaczyna - tzw. root certificate.

Od tego miesiąca DNSSEC ma już certyfikat podstawowy, a siedem wybranych z całego świata osób posiada elektroniczne karty (zamknięte w specjalnej torebce pokazującej próby manipulacji), zawierające fragmenty klucza pozwalającego na podpisanie nowego certyfikatu podstawowego i pozwalające w ostateczności na zresetowanie struktury DNSSEC. Klucze znajdują się teraz w posiadaniu obywateli Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Burkina Faso, Trynidadu i Tobago, Kanady, Chin oraz Czech, a w celu "zresetowania Internetu" konieczne jest aby pięciu z nich stawiło się w jednej z baz na terenie USA gdzie znajdują się bezpieczne serwery, w celu zrestartowania infrastruktury DNSSEC.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że gdzieś w głębiach Internetu nie czai się złowroga Sztuczna Inteligencja, która posiada ósmą kartę, kartę dającą jej władzę nad pozostałymi siedmioma chociaż OK., to raczej mało prawdopodobny scenariusz. Krótki film o podpisywaniu głównego certyfikatu DNS można zobaczyć tutaj.

[via Popular Science]

Leszek Karlik

Źródło: http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,8185243,Siedem_kluczy_do_Internetu_dla_ludzi_smiertelnych.html
 

07 · 09

Słynny rosyjski matematyk mówi "niet" kolejnej nagrodzie.

Media_https2blomediap_evdce

Szalony ekscentryk, który utracił kontakt z rzeczywistością? Czy też niepotrzebujący poklasku buntownik, który ideały przedkłada nad nagrody i pieniądze? Grigorij Perelman, jeden z największych żyjących obecnie matematyków, ostatecznie odrzucił kolejne prestiżowe wyróżnienie. A czego właściwie dotyczy cała sprawa?

Jak podaje rosyjska agencja Interfax, Perelman ostatecznie odmówił przyjęcia okrągłego miliona USD przyznanego mu w marcu przez Instytut Claya. Dla tych, którzy nie słyszeli o tej dziwnej historii na dworze Królowej Nauk – krótkie przypomnienie, w czym rzecz.

W roku 2000 amerykański Instytut Matematyczny Claya ogłosił listę siedmiu tzw. problemów milenijnych. Jest to szereg hipotez rodem z czystej matematyki oraz fizyki teoretycznej, których udowodnienie lub obalenie zostało uznane za ważne dla współczesnej nauki. Za rozwikłanie każdej z tych zagadek Instytut oferuje nagrodę w wysokości miliona USD.

Jak na razie jedynym problemem milenijnym, który doczekał się rozwiązania, jest postawiona w 1904 r. topologiczna Hipoteza Poincarégo. Wyrażona za pomocą fachowej terminologii wydaje się trudna do uchwycenia przez laika (“Każda trójwymiarowa zwarta i jednospójna rozmaitość topologiczna bez brzegu jest homeomorficzna ze sferą trójwymiarową”). Spróbujmy jednak zrozumieć, o co mniej więcej chodzi.


Media_httpuploadwikim_gccpa


Gdy na zwykłej, dwuwymiarowej sferze umieścimy dowolną pętelkę, zawsze będziemy ją mogli ściągnąć do punktu (patrz rys. powyżej). Możliwość ściągania dowolnych pętelek do pojedynczego punktu matematycy nazywają “jednospójnością”. Słowem: dwuwymiarowa sfera jest jednospójna. Istnieje również wiele powierzchni, które jednospójne nie są. Wystarczy wyobrazić sobie powierzchnię torusa, czyli “dziurawego pączka”, oraz pętelkę okalającą ową dziurę. Takiej pętli nie będzie się dało ściągnąć do punktu – przeszkadza w tym właśnie centralna dziura.

Okazuje się, że jednospójność jest cechą rozpoznawczą sfery. Jeśli jakaś skończona dwuwymiarowa powierzchnia bez brzegu (jak sfera albo powierzchnie torusa, jajka, kubka czy Ziemi) ponadto jest jednospójna, to w zasadzie jest to sfera – co najwyżej trochę zdeformowana.

Hipoteza Poincarégo to (wcale nietrywialny) odpowiednik powyższego stwierdzenia dla powierzchni trójwymiarowych. Przez cały XX w. opierała się ona atakom uczonych. Jej ostateczny dowód podany w szeregu artykułów publikowanych w latach 2002-2003 pewnie nie wyszedłby poza grono matematyków, gdyby nie sensacja, jaką wzbudził jego autor.

Grigorij Jakowlewicz Perelman wkrótce po opublikowaniu swojej pracy został uhonorowany najbardziej prestiżowym wyróżnieniem matematycznym – Medalem Fieldsa. Nazywany matematycznym Noblem, jest jednak przyznawany znacznie rzadziej niż słynna szwedzka nagroda – wędruje bowiem do dwóch-czterech młodych (poniżej 40 lat) naukowców co 4 lata.

Perelman bezprecedensowo odmówił nagrody, chcąc w ten sposób wyrazić swój sprzeciw wobec patologii, jakie jego zdaniem trawią międzynarodową społeczność matematyków. Na znak protestu i rozczarowania rzucił pracę na uniwersytecie i zaszył się w swoim mieszkaniu w Sankt Petersburgu.

Teraz do listy odrzuconych przez rosyjskiego uczonego wyróżnień należy dopisać nagrodę Instytutu Claya.

07 · 09

Zawirowania ze szczepionkami.

Media_https1blomediap_gxlhf

W USA 40 milionów dawek szczepionki przeciw świńskiej grypie trafi do utylizacji – to ok. 261 milionów dolarów – to raz.

Dwa: amerykańscy naukowcy doszli do wniosku, że podanie skojarzonej szczepionki MMRV może dwukrotnie podnosić ryzyko wystąpienia drgawek u dzieci.

Miliony niewykorzystanych dawek szczepionki przeciw świńskiej grypie trafi do pieca. Ponieważ ludzie nie szczepili się tak chętnie, jak pierwotnie przewidywano. Ponieważ testy wykazały, iż już jedna dawka szczepionki daje wystarczającą odporność na wirusa, przed którym panował paniczny lęk, a który w rzeczywistości okazał się mniej zabójczy od zwyczajnej sezonowej grypy. Ponieważ wtedy, gdy świat potrzebował szczepionki najbardziej, czyli jesienią 2009 r., zbawiennych dawek nie było tyle, ilu potencjalnych chętnych. A kiedy podaż mogła zaspokoić popyt, ów spadł, ponieważ epidemia, którą określano pandemią, okazała się mniej groźna niż sądzono.

Komputery wstrzykiwane do krwiobiegu?

Dr Mark Mulligan z Uniwersytetu Emory, który był zaangażowany w badania nad szczepionką, twierdzi, że po raz pierwszy od 40-stu lat istniało realne zagrożenie pandemią. Dlatego też i rezerwy szczepionek należało przygotować odpowiednio wielkie. Część osób zaangażowanych w międzynarodowe ruszenie przeciw świńskiej grypie zauważa, że byli też eksperci, co straszyli, że grypa może zabić miliony ludzi na świecie – jak się okazuje, „skutkiem ubocznym” choroby, która siała swego czasu panikę, są miliony, ale pieniędzy zamrożonych w dawkach szczepionek nienadających się już do użytku. To jeden poślizg.

Przenośne urządzenie do szczepień

Drugi dotyczy szczepionki, która wzbudza bodaj największe kontrowersje – głównie wśród rodziców: MMRV – skojarzona szczepionka przeciw odrze, śwince, różyczce i ospie wietrznej. Media i poczta pantoflowa co jakiś czas przekazywały informacje o tym, że na szczepionkę tę niekorzystnie reagują dzieci. Pojawiały się nawet podejrzenia o związek między szczepionką a autyzmem. Amerykanie zaskoczyli świat niedawno opublikowaną informacją, że szczepionka MMRV podejrzana jest o podwojenie ryzyka wystąpienia drgawek gorączkowych u dzieci w wieku 1-2 lat.

Nanophone 45LX wszczepiany pod skórę

Badania, o których mowa, zakrojono na dużą skalę: US Centers for Disease Control poddał analizie przypadki drgawek gorączkowych u 459 tysięcy dzieci w wieku od 12 do 23 miesięcy, które wystąpiły po pierwszej dawce szczepionki w ciągu 7-10 dni od wstrzyknięcia. Okazało się, że choć ryzyko wystąpienia drgawek było niewielkie, było ono jednak wyższe niż w przypadku zaszczepienia dzieci dwoma szczepionkami: osobno MMR oraz osobno przeciw ospie wietrznej. Po 10-tym dniu od zaszczepienia ryzyko wystąpienia drgawek nie było już większe.

Naukowcy z Kaiser Permanente Vaccine Study Center zalecają, by pediatrzy omawiali z opiekunami dzieci, czy szczepić maluchy raz, czy też raczej dmuchać na zimne i podać dziecku osobno MMR, a osobno szczepionkę przeciw ospie.

07 · 07

Pęknięte z żalu serce, cz. 1


Andrzej Skulski

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pekniete_z_zalu_serce_cz_1_147433-1--1-a.html 

Krzysztof zasłabł, kiedy zażył leki przeciwko zapaleniu ucha i ostrym bólom głowy, jakie przypisał mu lekarz rodzinny. Wezwane pogotowie niespodziewanie odwiozło go do... psychiatryka.

Twierdza San Leo / Fot. Werres_pixelio.dePsychiatrzy złamali wszystkie możliwe normy prawa polskiego i międzynarodowego - opowiada matka.

Po jednej stronie mamy do czynienia z Krzysztofem, jego matką i babcią, po drugiej: z psychiatryczną przemocą, brakiem poszanowania godności ludzkiej i totalnym bezprawiem, co nie tylko doprowadziło do nieoczekiwanego, przymusowego zamknięcia Krzysztofa w zakładzie psychiatrycznym, ale pośrednio przyczyniło się też do śmierci jego babci, która zmarła kilka dni temu. „Mama nie dawała sobie rady z tym, co nam się przytrafiło, zasłabła na serce i po kilkudniowym pobycie w szpitalu zmarła” – mówi Elżbieta, mama Krzysztofa. „Nie mogła znieść tego całego steku kłamstw, które pojawiły się w opisach, skazujących Krzysia, jak się później okazało, na przymusowe "leczenie psychiatryczne". A ponieważ to ona wezwała pogotowie ratunkowe, które, zamiast pomóc, odwiozło bezbronnego, prawie nieprzytomnego wnuczka do psychiatryka, czuła się temu wszystkiemu winna.”

Niestety pogrzeb babci odbędzie się bez obecności córki i wnuczka. Elżbieta z synem wykorzystali bowiem pierwszą przepustkę weekendową, jaką z wielką łaską wreszcie udzielił Krzysztofowi prowadzący psychiatra, do wyrwania go z opresji, w jakiej się znalazł. Spakowali kilka rzeczy i wyjechali poza granice Polski, gdzie Elżbieta czasowo pracuje jako docent na Wydziale Prawa Uniwersytetu w K. (Niemcy).

„Nie było innej możliwości uchronienia się przed całym tym koszmarem” – opowiada Elżbieta. „Najpierw lekarz nas zapewniał, że Krzyś pobędzie tylko kilka dni na obserwacji, że wszystko z nim w porządku i że za chwilę wyjdzie, po czym ni stąd ni zowąd dowiadujemy się, że jest sądowy nakaz jego przymusowego leczenia! Myślałam że zemdleję, jak przeczytałam orzeczenie, bo nie miało to nic wspólnego z moim synem! Babcia, moja mama, po przeczytaniu relacji obsługi karetki pogotowia, co było niby powodem do przewiezienia go do psychiatryka, a z której wynikało, jakoby Krzyś biegał po ulicy wokół jakichś samochodów, rozrabiał i zagrażał swoim zachowaniem, doznała szoku! Nic takiego nie miało miejsca, na co są świadkowie.”

Krzysztof jest przerażony. „Przez całe moje życie pasjonowałem się prawem” – opowiada mi, kiedy po jego ucieczce spotykamy się na wideoczacie. „Dzisiaj, po osobistym doświadczeniu z ustawą o ochronie zdrowia psychicznego wiem nie tylko to, co po łepkach przerabialiśmy na uczelni. Na zajęciach wytłumaczono nam, że mamy w tym zakresie do czynienia z profesjonalistami jednej z gałęzi medycyny, którzy znają się na rzeczy, robią ekspertyzy, rozpoznają ‘choroby’ i decydują o procesie ‘leczenia’, a kiedy w opinii psychiatry pojawia się tzw. ‘przymus leczenia’, sprawą zajmuje się sąd, rzetelnie rozpatruje sprawę, a nie przyklepuje taką ekspertyzę jako jedynie słuszną i niepodważalną!”

Elżbieta twierdzi, że najbardziej przerażająca jest bezradność, z której człowiek zdaje sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy bezpośrednio skonfrontowany zostaje z psychiatrią i wspomnianą ustawą. „W momencie, kiedy pojawia się psychiatra i stwierdza jakąś domniemaną ‘chorobę psychiczną’, krótko później wezwany sędzia skazuje po prostu na ‘przymus leczenia’, bo niby ‘potrzebna jest obserwacja’. Bez obecności rodziny, bez adwokata, bez jakiejkolwiek orientacji w środowisku ‘skazywanego’! To bezprawie na całej linii! Cała nasza rodzina mocno jest związana z prawem: ja jestem doktorem nauk prawnych, robię w tej chwili profesurę, dziadek Krzysia był sędzią, babcia również jest...

Boże, aż niemożliwe nam się wydaje, że musimy o niej mówić w czasie przeszłym... była prawnikiem, a sam Krzyś studiuje prawo na IV roku... Właściwie teraz musiał przerwać studia, bo trzeba było uciekać! Z kolei tą ucieczką z psychiatryka sprzeciwiliśmy się nakazowi sądowemu... Sąd już o tym wie. Z tego, co widzę, sytuacja prawna jest bardzo skomplikowana, a ustawa, z którą mamy do czynienia, wydaje się stać zupełnie ponad prawem! Ale nie możemy pozwolić, aby pompowano w Krzysia jakieś psychotropy, które są niesamowitą trucizną i tylko tak mogliśmy temu zapobiec.”

Krzysztof od początku, kiedy zorientował się, że jest w psychiatryku, prosił o natychmiastowe wypisanie go na własne żądanie i niestosowanie żadnych środków psychotropowych. „Jak odbierało mnie pogotowie nie wiedziałem dokładnie, co się ze mną dzieje. Czułem się bardzo słaby, traciłem jakby świadomość, nie wiem... ledwo mogłem się poruszać, więc wszystkie te opisy, które się pojawiły w ich raporcie były po prostu kłamstwem. Cała historia zaczęła się od tego, że kilka dni wcześniej, 15 kwietnia, miałem ostre bóle głowy i uszu. Poszedłem do lekarza, który rozpoznał ostre zapalenie zatok i zapalenie ucha; powiedział, żebym 10 dni brał antybiotyk, a ogólnie 14 dni przebywał w domu. Przepisał mi cały ‘zestaw lekarstw’, po których zacząłem się czuć jeszcze gorzej, a kiedy już nie mogłem wstawać z łóżka, zadzwoniłem do babci z prośbą o przyjazd, żeby przygotowała mi coś do jedzenia.

20. kwietnia stan mój bardzo się pogorszył. Nie wiem, co się ze mną stało - traciłem świadomość. Pamiętam, że przyjechało pogotowie i że wsiadłem do karetki, i chyba zemdlałem. Obudziłem się i nie wiedziałem, gdzie jestem. Pamiętam, że wkoło mnie była grupa osób, a lekarz zadawał mi 2 pytania: czy słyszę jakieś głosy i co one do mnie mówią? Tylko tyle. Nie pamiętam co odpowiedziałem. Później kazano mi się rozebrać i założyć ubranie szpitalne. Pamiętam, że coś podpisywałem, po czym udaliśmy się schodami do góry. Weszliśmy do jakiegoś pokoju, gdzie pokazano mi strzykawkę i stwierdzono, że dostanę zastrzyk. Na moje pytanie, co to jest, usłyszałem odpowiedź: Klonazepam („lek” z rodziny benzodiazepin, silnie uzależniająca substancja psychoaktywna, której nie wolno podawać w przypadku zaburzeń świadomości! – przyp. A.S.). Powiedziałem, że odmawiam przyjęcia. Zostałem obezwładniony i wstrzyknięto mi go siłą. Jestem studentem prawa, wiem jakie mam uprawnienia jako pacjent, więc byłem w szoku.

Obudziłem się następnego dnia i spytałem personel, gdzie jestem? Powiedziano mi, że w szpitalu psychiatrycznym. Ja na to, że chcę się wypisać, a oni, że muszę pozostać na 10-dniowej obserwacji. Zapytałem się, czy jest jakiś tryb przyspieszony, ale pytanie to zlekceważono i nie doczekałem się odpowiedzi. Na sali, w której mnie ulokowano jeden z ‘pacjentów’ ostrzegł mnie przed innym ‘pacjentem’ - sąsiadem, że ten ‘może w nocy wstać i mi przywalić’. Powiedziałem więc lekarce, że boję się o moje życie i zdrowie i chcę być w sali, która jest zamykana. Lekarka na początku zbagatelizowała całą sytuację, jednak po moich przekonywaniach wezwała lekarza dyżurnego. A skończyło się tak, że w konfrontacji "pacjent", który mnie ostrzegał, nic się nie odezwał, a mi dano następny zastrzyk. Po tych dwóch zastrzykach bardzo źle się poczułem. Zaprowadzono mnie na ‘rozmowę’ z jakąś kobietą; nie pamiętam dokładnie, o czym rozmawialiśmy. Znowu dostałem ‘tabletkę’ i kazano mi wrócić do pokoju, co uczyniłem i tam film mi się już urwał.

Po dawkach, które mi wstrzyknięto i - pod kontrolą, czy przełykam - podano doustnie, czułem się coraz gorzej. Nie mogłem poruszać językiem, czułem drętwienie kończyn, niesamowite bóle mięśni i mrowienie, miałem drgawki i okropne bóle głowy. Czułem, jakby mnie to otępiało, słabiej słyszałem i doznawałem jakby paraliżu. Pamiętam, że pytano mnie, czy biorę narkotyki, dopalacze itp. Odpowiedziałem, że nie. Następnie miałem jedno spotkanie z sędzią sądu rodzinnego, panią M. Powiedziałem jej, że jestem studentem IV roku prawa, zaangażowanym w życie akademickie, że byłem na stypendium rocznym we Włoszech i ogólnie o moim zaangażowaniu na rzecz praw człowieka. Opowiadałem tylko o studiach, a pani M. była uśmiechnięta i zadowolona twierdząc, że tylko chwilowo znajduję się w szpitalu i że wrócę sobie spokojnie do domu. Nawet nie wiedziałem, kto był moim lekarzem prowadzącym w ciagu tych 10 dni pobytu w szpitalu, bo nikt mnie o tym nie poinformował.

Dopiero w dniu rozprawy, kiedy jeszcze spałem, przyszedl do mnie dr G., który okazał się być ‘prowadzącym’ i zaprowadził mnie na rozprawę, prowadzoną przez panią sędzię M. Ta zapytała mnie, jak się czuję? Odpowiedziałem, że dobrze i zaraz po tym podpisała ona kartkę z tytułem “Postanowienie”, bo pan doktor twierdził, że... zdiagnozował u mnie ‘chorobę psychiczną’! Mówił do mnie, że niebawem dojdę do siebie, że będę brał amerykański lek przez okres 6-8 tygodnii, a wypowiadał się w taki sposób, że nie byłem w stanie w ogóle zrozumieć, o jaką ‘chorobę’ mu chodzi. Sędzia M. po jego wywodzie powiedziała tylko, że postanawia o...’leczeniu przymusowym na czas nieokreslony’, co zupełnie zwaliło mnie z nóg! Oczywiście nie zgodziłem się z tym i próbowałem się cały czas bronić. Powiedziałem, że dopóki wyrok jest nieprawomocny, dopóty nie będę przyjmował żadnych leków, bo jestem zdrowy. Lekarz natomiast zapewniał mnie, że jestem chory i powoływał się na przysiegę Hipokratesa...

Stałem tam sam, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek praw, a sędzia M. moje próby obrony skwitowała zdaniem: ‘tutaj lekarz jest od leczenia, a sędzia od sądzenia’, a ja sam do powiedzenia nie mam nic! Spytalem o prawa, które mi ustawowo przysługują i usłyszałem w odpowiedzi, że ‘niedługo przyjdzie do mnie rzecznik praw pacjenta i wszystko mi uświadomi’. Dodałem, że nie zgadzam sie z wyrokiem i zaskarżę go oraz wniosłem o obrońcę z urzędu. Pani sędzia M. przyjęła to do wiadomości, po czym wyproszono mnie z pomieszczenia, a personelowi kazano odprowadzić mnie na oddział.

Bylem w szoku po tym, co usłyszałem i kiedy prowadzono mnie spowrotem do sali, zrobiłem 2 kroki w kierunku schodów, prowadzących do wyjścia i kurczowo złapałem się za poręcz. Niezmiernie wystraszyłem się dalszego zamknięcia, a samo przebywanie w psychiatryku uznałem za największy koszmar, jaki człowiek może przeżyć! Wtedy wezwano dodatkową pomoc i siłą doprowadzono mnie do pokoju, gdzie ni stąd ni zowąd przypięto mnie pasami do łóżka. Byłem przerażony, kiedy mnie w ten sposób ‘obezwładniono’ tym bardziej, że nagle założono mi pampersa i znowu bez mojej zgody i pomimo kolejnego sprzeciwu wstrzyknięto jakieś 3 substancje, po których straciłem przytomność. Tak przypięty pasami spędziłem w łóżku 2 dni. W tym czasie przez uchylone drzwi raz widzialem z daleka babcię, krzyczałem do niej o pomoc, ale chyba nie usłyszała. Zaczęto mnie ‘leczyć’ neuroleptykami, dawano też coś przeciwbólowego, a ja z dnia na dzień czułem się coraz gorzej. Miałem potworne bóle głowy, drgawki, czułem, jak te ‘leki’ mnie otępiają, że tracę słuch... Ponadto miałem niewyobrażalne bóle kości, mięśni i wciąż gorączkę. Kiedy się na to skarżyłem, dostawałem apap i następny psychotrop...

Przez cały okres mojego pobytu w psychiatryku nie dopuszczano do konsultacji z innymi lekarzami, odmówiono badania przez lekarza neurologa oraz otolaryngologa, chociaż mówiłem, że bolą mnie uszy i zatoki. Wszystko ‘leczono’ apapem i kolejnym psychotropem, dlatego też przestałem cokolwiek zgłaszać; natomiast obiecany rzecznik nie pojawił się u mnie w ogóle. Na szczęście ciągłe starania wtedy jeszcze żyjącej babci i mamy, która w międzyczasie przerwała pracę na uczelni i przyjechała do Polski spowodowały, że na szczęście dostałem przepustkę na weekend. Nie widziałem innej możliwości, jak ucieczka i nie wyobrażam sobie niczego gorszego od powrotu do psychiatryka...”

Rodzina Elżbiety i Krzysztofa ubolewa nad śmiercią babci i nie może pogodzić się z krzywdą, jaką im wyrządzono. „Mama była z Krzysia taka dumna, z jego osiągnięć w nauce, z jego działalności na rzecz praw człowieka i aktywności w wielu inicjatywach studenckich” – dopowiada Elżbieta. „Tak cieszyła się, że już niebawem będzie mogła uczestniczyć w uroczystości rozdania dyplomów w tej samej sali, w której i ja, i ona kiedyś, również odbierałyśmy nasze dyplomy. Krzysztof tak chętnie spędzał z nią czas. Rozmawiali o prawie, o polityce, o problemach społecznych, ona czytala jego prace zaliczeniowe. Ostatnia była wlaśnie z prawa rodzinnego. Krzysiu pisał o przysposobieniu w świetle prawa prywatnego międzynarodowego, a jego babcia pisała swoją magisterkę o przysposobieniu w prawie polskim. Jej śmierć , a przede wszystkim brak możliwości udzielenia jej pomocy, jakiej bardzo od nas potrzebowała, jest dla nas wielką tragedią.

Sam Krzyś do dziś czuje się po tych wszystkich substancjach potwornie. Odczuwa wiele skutków ubocznych, ale sporym problemem okazało się to, że zupełnie zlekceważono jego wolę, złamano ją, wbrew jego protestowi kazano mu łykać tą truciznę pod groźbą wiązania do łóżka i przymusowej implikacji. Chłopak do dzisiaj czuje się po tym wszystkim fatalnie, a jego wizja prawa legła w jakimś sensie w gruzach. Jest wystraszony i widocznie złamany jakąś nieludzką psychologią. Te kilkanaście dni w psychiatryku były dla niego i dla nas niewyobrażalnym koszmarem. Wmawiano mu co prawda, że to dla ‘jego dobra’, ale z jednej strony wmuszano mu psychotropy, które powodowały, że nie mógł się podnieść, a z drugiej nakazywano branie udziału w różnych zajęciach, wymagających poświęcania dużych nakładów energii. I koło się zamykało, bo ‘lek’ zwalał z nóg, a nieuczestnictwo w ćwiczeniach, lub słabe w nich ‘zaangażowanie’, powodowało nieuchronnie diagnozę i dalszą ‘hospitalizację’.

Aż nie możemy uwierzyć, że psychiatria w ten sposób właściwie sama sobie produkuje ‘pacjentów’. U Krzysia po prostu stwierdzono ‘schizofrenię paranoidalną’, a z tego, co się zorientowałam, to środek, który mu podawano, zabija ludzi! Oglądaliśmy wypowiedzi na Youtube i można to też przeczytać na stronach internetowych jednostek badawczych. Oprócz tego, jak przed wyrokiem prowadzący psychiatra, doktor G., był miły i obiecywał, że z Krzysiem wszystko jest w porządku i lada chwila wyjdzie, to nagle po wyroku ten sam człowiek zmienił zdanie. Nie tylko miał czelność powiedzieć: ‘...teraz o synu może pani zapomnieć’, ale na dodatek od początku utrudniał kontakt, nie pozwalając na odwiedziny! Psychiatria złamała wszystkie możliwe normy prawa polskiego i międzynarodowego. Nie można pozwalać, aby jeden ‘lekarz’ skazywal kogokolwiek na utratę zdrowia i życia wmawiając, że go leczy...”

Sprawa ciągle jest w toku. „Do tej pory zlekceważono nasz wniosek o bezzwłoczne uchylenie postanowienia w trybie pilnym, a każda odpowiedź ze strony sądu wydawana jest dopiero w ostatni możliwy dzień, w którym upływa termin ustawowy” – mówi zawiedziona Elżbieta. „W sprawę zaangażowaliśmy adwokata, specjalizującego się w prawie medycznym oraz prawach człowieka. I znowu na złożoną przez niego apelację, w której zarzucamy sądowi obrazę przepisów prawa procesowego i materialnego, musimy cierpliwie czekać około dwóch miesięcy. Aż niewyobrażalne wydaje się, że Krzysztof, gdyby nie uciekł z psychiatryka, siedziałby tam jeszcze tyle czasu...”

Powyższa historia wydarzyła się w jednym z południowych miast Polski. Imiona Elżbieta i Krzysztof są fikcyjne; miejsca wydarzeń zostały zmienione, gdyż proces trwa i takie jest obecnie życzenie poszkodowanej rodziny; prawdziwe dane przekazane zostały do wiadomości redakcji. Tekst jest jedynie pierwszą informacją o wydarzeniu, ale też kolejną przestrogą dla wszystkich tych, którzy psychiatrię bez głębszego zastanowienia się i bez zaglądania za jej kulisy wciąż jeszcze postrzegają jako narzędzie, chroniące nas przed „niebezpiecznymi i chorymi psychicznie” ludźmi...

W tekście nie ma niestety wypowiedzi samego „lekarza prowadzącego”, gdyż ten, kiedy dodzwoniłem się do niego i chciałem przeprowadzić wywiad... niegrzecznie odłożył słuchawkę.

(Tekst autoryzowany, cdn.)

astromaria

Gabinet Astropsychologii
Jestem za, a nawet przeciw (blog nie-katoliczki i nie-ateistki)
Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o astrologii + Słowniczek-polemiczek (blog astrologiczny)
Zatrute niebo (blog o chemtrails, prowadzony wspólnie z TheEndi)
Transgeniczne organizmy (blog o GMO, szefem jest Obywatel, a ja współautorką)
Moje forum dyskusyjne
YouTube
Dailymotion
vimeo

Contributors